Karnawał w siermiężnych czasach PRL – co jadano i jak się bawiono

Dawniej to ludzie potrafili się bawić, nie to co teraz
13 minut czytania
131
0
Agnieszka Haponiuk
Agnieszka Haponiuk
8 lutego 2020

Trwa czas uciech i zabaw wszelakich, czyli karnawał. Czy dobrze się bawicie? Czy chodzicie na bale? A może organizujecie domówki albo przebierane imprezy? Odnoszę wrażenie, że nie bardzo… Dawniej to ludzie potrafili się bawić, nie to co teraz – powiedziała pani Tereska, gdy zapytałam ją, jak wyglądał karnawał w czasach głębokiego PRL.

Pani Tereska była kelnerką w jednym z orbisowskich hoteli w Zakopanym, a więc niejedno widziała. Jest skarbnicą wiedzy nie tylko jeśli chodzi o zwyczaje karnawałowe z tamtego okresu, ale także kulinaria. Czy faktycznie tak świetnie bawiono się podczas karnawału w siermiężnych czasach PRL, gdy wszystkiego brakowało a czasy były niewesołe? Otóż tak, bawiono się przednio.

– Wtedy wszyscy się bawili, co rusz na ulicy widać było afisz z informacją o balu karnawałowym. Wszystkie zakłady pracy organizowały bale i wszyscy na nie chodzili. – wspomina pani Tereska.

Faktycznie tak było, zabawy karnawałowe organizowano w każdej restauracji, domu kultury, remizie strażackiej czy zakładowej albo szkolnej świetlicy. I wszędzie panował olbrzymi tłok. Bawiono się na balach hutników, górników, nauczycieli, strażaków, przodowników pracy, służb mundurowych czy lekarzy. Zabawa trwała do białego rana i była suto zakrapiana alkoholem.

Toasty wznoszono radzieckim „szampanem” a na stole nie mogło zabraknąć „sety i lornety”, czyli wódki i galaretki z nóżek zwanej „meduzą”. I choć sklepy świeciły pustkami, kobiety niejednokrotnie zachwycały kreacjami, które najczęściej przygotowywały własnoręcznie, szyły z zaprzyjaźnionej krawcowej albo cudem zdobywały na bazarku. Na dobrym balu nie mogło zabraknąć wodzireja, który potrafił rozkręcić najbardziej drętwe towarzystwo i partyjny kolektyw zakładu. Zazwyczaj o północy odbywały się wybory króla i królowej balu. Często nagradzano tymi tytułami tych, którym chciano się przypodobać, czyli kierowników, dyrektorów albo członków egzekutywy partyjnej. Niejednokrotnie, szczególnie podczas imprez zakładowych, przeprowadzano loterie fantowe, podczas których można było wygrać sprzęt kuchenny, kosmetyki czy inne niedostępne powszechnie drobiazgi.

A co jadano? To zależało też od miejsca, w którym organizowano karnawałową zabawę. W restauracjach orbisowskich hoteli dania były na tamte czasy wykwitnie, w ośrodkach wczasowych i świetlicach przyzakładowych skromniej.

Pani Tereska pamięta:

Najczęściej sadzano nas przy czteroosobowych stolikach, na stole stała wódka, oranżada, kanapeczki. Na początek podawano kawę i herbatę. Najpierw wszyscy sztywno siedzieli, były przemówienia, a następnie pierwszy toast i pierwszy kieliszek wódki a potem drugi i jeszcze jeden i atmosfera robiła się coraz luźniejsza. Jedzenia nie było za dużo, ale za to wóda lała się strumieniami.

Nie było bogato zastawionych stołów, menu raczej skromne. Komuna zabiła kreatywność w kuchni, a deficyt produktów spożywczych niekiedy uniemożliwiał przygotowanie bardziej wymyślnych potraw. Wędliny były porcjowane, wyliczone, przydział na osobę był skromny.

Na każdy stół podawano zimno bufet, a w im musiały się znaleźć:

Nieśmiertelna sałatka warzywna

w skład której najczęściej wchodziła marchewka, ziemniak, pietruszka, seler, zielony groszek konserwowy, kiszony ogórek a czasami była ona uszlachetniona jajkiem i krojoną szynką konserwową, a im więcej szynki było w sałatce, tym bardziej zyskiwała ona na wykwintności.

Śledzie na wszelkie sposoby

zawijane w rulonik śledziki w occie z cebulką były popularną przekąską, ale triumfy świecił śledź po japońsku, który oczywiście z Japonią nie miał nic wspólnego. Kawałki solonego i wymoczonego śledzia podawano z jajkiem na twardo, kiszonym ogórkiem oraz pokrojonymi w kostkę jabłkiem i cebulą, a także groszkiem konserwowym, zmieszanym wcześniej z majonezem, ale była także wersja z sałatką warzywną.

Galaretka wieprzowa

Żadna impreza nie mogła odbyć się bez słynnej „meduzy”, czyli galaretki z nóżek, którą najczęściej przyrządzano w dużym półmisku lub innym dużym naczyniu a nie jak obecnie w małych miseczkach, i obficie skrapiano octem spirytusowym. Warto wiedzieć, że w tamtych czasach cała wieprzowina była eksportowana do Związku Radzieckiego, jedynie nóżki wieprzowe były powszechnie dostępne.

Wędliny

Jak wspomniałam wędliny było porcjowane i wyliczone. Od razu na stoliku pojawiał się przydział na osobę. Jedną z najłatwiej dostępnych wędlin była wówczas mortadela, z której przyrządzano wymyślną i dość osobliwą przekąskę „żabie oczko”, czyli panierowany i usmażony plaster mortadeli, serwowany z jajkiem sadzonym. Przyznam, że miło wspominam kotlet z mortadeli, który serwowano nam w szkolnej stołówce, ale gdy po latach odtworzyłam go w swojej kuchni nie smakował tak dobrze jak wtedy.

Jaja w majonezie

Co jeszcze podawano w zimnym bufecie? Oczywiście, że jaja w majonezie z groszkiem konserwowym. Nie mogło też zabraknąć kiszonych ogórków i marynowanych grzybków czy korniszonów, którymi chętnie zagryzano wódeczkę, a na każdym stole stała oranżada i woda sodowa.

Grzybki w occie

Korniszony i wódeczka

Na ciepło podawano barszczyk z pasztecikiem lub bez, flaki, czasami (najczęściej w Warszawie) cynaderki w sosie śmietanowym lub w sosie własnym. Obowiązkową pozycją był bigos.

Flaki

Bardziej wyszukane, a raczej dania z deficytowych produktów, serwowano w hotelowych restauracjach. Nie udało mi się znaleźć menu karnawałowego, ale znalazłam menu na bal sylwestrowy z roku 1958 z sopockiego Grand Hotelu Orbis. Menu opiewało na kwotę 170 zł, a każda pozycja była wyceniona osobno wraz z podaniem gramatury.

W menu, między innymi, znalazły się takie potrawy jak:

  • Łosoś wędzony
  • Cielęcina konserwowa
  • Indyk z borówkami
  • Tort „marczello”
  • Tartinki z sardynką

Szału nie ma, a przecież tamtym okresie Grand Hotel był jednym z najlepszych hoteli w Polsce, w którym bywali zagraniczni goście zza wschodniej i zachodniej granicy a także partyjni notable.

Na domowych przyjęciach zwanych prywatkami królowały koreczki, czyli nabite na wykałaczki kawałki chleba oraz kiełbasy, sera żółtego, marynowanych ogórków lub grzybków. Przygotowanie koreczków było dość czasochłonne, ale za to koreczki idealnie maskowały skromność i niezbyt dobrą jakość składników, z których zostały zrobione. Oprócz koreczków przygotowywano kanapki oraz stawiano szklanki z paluszkami.

W tym roku karnawał jest wyjątkowo długi, ostatki rozpoczną się 20 lutego w tłusty czwartek i potrwają do 25 lutego, czyli do środy popielcowej, która oznacza koniec karnawału, a więc macie jeszcze trochę czasu, żeby dobrze się zabawić, dobrze pojeść i popić przed wielkim postem.

Agnieszka Haponiuk
Agnieszka Haponiuk
Okazała dama w małej kuchni. Gotuje, smakuje, karmi, stylizuje, pisze i fotografuje – jedzenie. Na łamach Trojmiasto.pl w cyklu „Jemy na mieście” pisze o tym jak karmią trójmiejskie restauracje. Prowadzi bloga kulinarnego Smakiem na pokuszenie. Próbuje wyżyć z fotografii kulinarnej. Mówią, że ma „oko” i robi apetyczne zdjęcia.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.