Morsowanie dla ducha

11 minut czytania
313
0
Ula Gutowska
Ula Gutowska
1 lutego 2020

Powodów do wchodzenia przy minusowej temperaturze do lodowatej wody jest tyle, ile osób, które to robią. Jednym znudziło się leżenie na kanapie, dla innych jest to kolejna z wielu aktywności. Kąpiel zawsze odbywa się w grupie. Nie tylko ze względu na bezpieczeństwo, ale też dlatego, że „świr do świra ciągnie”, jak wyjaśnił jeden z amatorów mroźnych kąpieli.

Nie ma tak niskiej temperatury, która zniechęciłaby zagorzałego morsa do kąpieli. Jak się okazuje zima to idealna pora na postanie sobie w lodowatej wodzie. – Latem przy wchodzeniu do wody mężczyźni w pewnym momencie odczuwają ból – tłumaczy Grzegorz, który morsuje od niedawna. – Zimą, gdy jest niska temperatura to nie ma takiego szoku. A po wyjściu z wody czuje się radość, że… już się z tej wody wyszło.

Dla osób postronnych amatorzy zimowych kąpieli muszą wyglądać dziwacznie. Ubiór, w jakim wchodzą do wody to strój kąpielowy, specjalne skarpety chroniące stopy, a do tego ciepłe rękawiczki i czapka, a czasem szalik. Stopy i głowa muszą być szczególnie chronione, bo najszybciej się wyziębiają. Morsowanie odbywa się z rękami uniesionymi do góry – zanurzone są tylko nogi i tors. Jedni wchodzą głębiej, inni zanurzają się do pasa.

Aktywna Pszczyna

W Pszczynie są dwie grupy morsów. Spotykają się w tym samym miejscu – na dzikiej pustej plaży, gdzie latem są tłumy. Zwykle kąpią się w innych terminach, ale czasem łączą siły i morsują wspólnie. Aktywna Pszczyna to stowarzyszenie, które do życia powołał Tomasz Opuchlik. Zimowe kąpiele są tylko częścią ich działalności. Grupa ta składa się przede wszystkim z biegaczy i amatorów sportów ekstremalnych. Jednym z nich jest Leszek Pławecki, który bierze udział w ultramaratonach górskich, pokonując na własnych nogach setki kilometrów. Dla niego morsowanie to raczej sposób na relaks i spotkanie z ludźmi. – Kiedy biegam, to przez długie godziny jestem sam ze sobą. Z nikim nie rozmawiam, telefon mam wyłączony. Czasem nawet żona ma o to pretensje.

Przyznaje jednak, że kąpiele w lodowatej wodzie pozytywnie wpływają na odporność, co pozwala mu potem osiągać lepsze wyniki w sportach naprawdę ekstremalnych. A do morsowania zachęciła go żona, która również zajmuje się sportem.

Tomek, który skrzyknął grupę, poświęca czas przede wszystkim biegom i organizacji imprez biegowych, także charytatywnych. Ale morsowania nie traktuje po macoszemu. – Żeby zacząć morsować, człowiek musi przełamać pewne bariery. Dzięki temu staje się pewniejszy siebie, ma lepsze samopoczucie, zaczyna bardziej wierzyć w swoje siły, także w innych dziedzinach swojego życia – tłumaczy Tomek. – Poza tym skóra staje się ładniejsza, bardziej napięta i znika cellulit.

Morsowanie dla każdego

Wśród morsów są zarówno osoby, które traktują tę aktywność, jak jedną z wielu, które uprawiają, ale też tacy, którzy ze sportem byli do tej pory na bakier. – Czasem ktoś czuje,  że życie mu ucieka i mówi sobie: teraz albo nigdy! Szuka powodu, żeby wstać z kanapy. Morsowanie jest także dla takich ludzi – mówi Błażej, jeden z członków Aktywnej Pszczyny.

Mroźne kąpiele można zacząć w każdym wieku, jeżeli nie mamy przeciwwskazań zdrowotnych. Edward morsuje dopiero od miesiąca, mimo że skończył już siedemdziesiątkę. Poszedł za przykładem młodszych członków swojej rodziny i postanowił do nich dołączyć. – Przyszedłem tu trochę z nudów bo coś trzeba robić. Rozebrałem się, wszedłem do wody i już – nie było to trudne. Czuję się zdrowszy i mam lepsze samopoczucie. Przestały mnie boleć korzonki. No i tyle nowych ludzi poznałem. Wszyscy tu są sobie równi.

Morsowanie zaczyna także ośmioletnia Olga, która towarzyszyła swojej mamie Ani. Pierwsze podejście nie do końca się udało – zamoczyła się do kolan i wyszła z płaczem. Po kilku minutach zdecydowała, że nie podda się i tym razem się udało.

Hartowanie ducha

Morsowanie to aktywność wolna od rywalizacji. Jedni wytrzymują w wodzie kilka minut, inni kilkanaście, ale zabawa w „kto dłużej wytrzyma” jest nie do przyjęcia, bo może być niebezpieczna dla zdrowia.

Druga grupa pszczyńskich morsów nosi nazwę Bosaki. Nazwa nie jest przypadkowa, a historia jej powstania niezwykła, choć smutna. Założycielką grupy jest Basia Kołodziej. Trzy lata temu zmarł jej syn Tomasz, który chorował na rzadką chorobę – ziarniniaka Wegenera. Był zdolnym studentem matematyki. Planował zrobić doktorat, ale zdążył tylko napisać pracę magisterską. Zmarł tuż przed jej obroną. Praca była tak dobra, że znajduje się w bibliotece uniwersyteckiej. – Tomek zawsze chodził na bosaka – nawet zimą. Nie tylko po mieście, ale nawet na uczelnię jeździł bez butów. W ten sposób się hartował i nabierał odporności – mówi Basia.

Basia i jej mąż zostali morsami dopiero po śmierci syna. – Jedynie po wyjściu z wody czuję się dobrze i mam dobre samopoczucie, ale chyba musiałabym kąpać się codziennie… – stwierdza smutno. – Syn nie żyje dopiero niecałe trzy lata… Sam siebie nazywał „bosak człowiek”. Też był morsem. I działaczem społecznym. Dzięki niemu w Pszczynie zaczęto organizować finały WOŚP. Na morsowanie jeździł do sąsiedniego miasta, ale marzył, by taki klub powstał w jego rodzinnej Pszczynie. To marzenie spełnia mama wraz z przyjaciółką Lidką i resztą grupy. – Chcemy też zorganizować bieg na bosaka wraz z Aktywną Pszczyną. Miałby on cel charytatywny. Jeszcze nie wiem, jaki, ale myślę o tym, aby uświadomić ludziom, że choroby rzadkie nie są rzadkie.

Ciągle zadajesz sobie pytanie: Jak żyć? Może odpowiedź brzmi: Zostań morsem!

Ula Gutowska
Ula Gutowska
Pisze i czyta od kiedy pamięta. Z rozpędu została dziennikarką, a po drodze także korektorką i copywriterką. Doświadczenie zdobywała w prasie, internecie i telewizji. Szczególnie interesują ją tematy społeczne. Największą pasją jest opowiadanie historii.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]