Mówię do fal i wiatru

Joanna Pajkowska to pierwsza Polka, która ukończyła samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów
24 minut czytania
244
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
29 lutego 2020
28 kwietnia 2019: Joanna Pajkowska kończy w Plymouth swój samotny i bez zawijania do portów rejs dookoła świata

Złamałam żebro, o mało nie zderzyłam się z wielorybem, ale byłam przygotowana na każdą ewentualność. – mówi Joanna Pajkowska pierwsza Polka, która ukończyła samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów.

7 miesięcy na małym jachcie na morzach i oceanach, wokół tylko woda. Przeciętnemu człowiekowi taki samotny rejs może wydawać się nudny, co można robić tak długo?

Na jachcie było dużo pracy. Czasami osiem razy dziennie musiałam zmieniać żagle. Na oceanie jest łatwiej, tam rządzi przyroda. Dla mnie to jest normalne, ludzie nie bardzo rozumieją po co to wszystko. Sama nie rozumiem, dlaczego lubię być zalewana przez fale. Mnie moje towarzystwo nie męczy i nie nudzi. Ja już od lat pływam samotnie, nauczyłam się wchodzić w taki rytm, że nie czuję zmęczenia. Śpię 45 minut, budzę się, wstaje, poprawiam żagle i znów idę spać na 45 minut. Nawet nie muszę nastawiać budzika. Kiedy płynęłam  w ciągu 7 miesięcy na morzu przeczytałam 75 książek w e-booku. Mój mąż też żegluje, ale nigdy nie uważał żeby samotne żeglarstwo  miało jakiś sens. A ja lubię pływać sama. Nie lubię wydawać poleceń, dyrygować ludźmi. Uciekam od świata, do ciszy i spokoju. Sama na morzu czułam się zupełnie wolna. Nikt mi niczego nie mógł kazać. Mogę być zmęczona i niewyspana, lecz martwię się tylko o łódkę i troszczę tylko o siebie.

Samotny rejs dookoła świata jest jak równanie z nieskończoną liczbą niewiadomych.

Na bezkresnym oceanie trzeba być bardzo czujnym, pracować żaglami tak, aby było stosunkowo bezpiecznie. Szczególnie kiedy wchodzi się w rejon permanentnych sztormów. Atlantyk Południowy, Południowy Ocean Indyjski i Południowy Pacyfik to rejon najwyższych fal na świecie. Duży statek na takiej fali może się złamać. Ale mała jednostka idzie jak korek, czasami może ją ta fala przykryć, ale nie można dopuścić, aby jacht ustawił się bokiem do wielkiej fali. To bardzo niebezpieczne. W bardziej ruchliwych obszarach musiałam uważać  na duże statki, bo one, mogą po prostu nie zauważyć małej łódki i może dojść do zderzenia.

Żeby zmienić żagle trzeba się trochę napracować. Podczas ostatniego rejsu złamała Pani żebro. 

Mocny wiatr przechylił łódkę, tak, że rzuciło mną gwałtownie na uchwyt od baterii słonecznej. Przez jakiś czas nie mogłam oddychać. Potem każdy ruch był bardzo bolesny. Praktycznie przez 6 tygodni funkcjonowałam na środkach przeciwbólowych. Na lądzie jak się złamie żebro to jedyne co można zrobić to łykać środki przeciwbólowe i przeczekać. W apteczce miałam podstawowe rzeczy, zawsze zakładam arogancko, że nie choruję, ale wiem, że zawsze może się coś zdarzyć. Oprócz środków przeciwbólowych nic nie potrzebowałam. Jak płynę sama, to jestem zdana na siebie. Musiałam na Oceanie Indyjskim zdjąć główny żagiel – grot, który waży z 25–30 kilo – żeby go naprawić, a drugi założyć, było ciężko.

Dlaczego tak długo to trwało zanim udało się pani opłynąć świat bez zawijania do portu ? Zakończyła Pani rejs dokładnie w kwietniu ubiegłego roku.  

Od czasu kiedy przepłynęłam samotnie w regatach przez Atlantyk minęło 20 lat. W żeglarstwie wyczynowym jest potrzebny jacht, który kosztuje olbrzymie pieniądze, nigdy nie było mnie stać na  kupno jachtu odpowiedniego do pływania w najtrudniejszych rejonach kuli ziemskiej. Szukałam sponsora, ale bez skutku. Polski Związek Żeglarski wspiera tylko żeglarstwo olimpijskie. Próbowałam i próbowałam, lecz koniec końców stwierdziłam, że takich pieniędzy nie umiem znaleźć. Ale przecież z braku pieniędzy nie będę rezygnować z największej pasji? W końcu pożyczyłam łódkę od znajomego niemieckiego żeglarza. On na niej opłynął świat. Zaprzyjaźniliśmy się. Mam obecnie 61 lat. Żeglarstwo jest o tyle fajne, że można to robić w każdym wieku. To nie jest tak jak przy podnoszeniu ciężarów czy piłce nożnej, że człowiek w pewnym wieku jest już za stary. Nie robię tego żeby pobić rekord, tylko dla własnej satysfakcji.

Jak wyglądały przygotowania do wyprawy. Siedem miesięcy bez zawijania do portu. Była pani w stanie wszystko zmieścić na jachcie ? 

Musiałam być samowystarczalna. Zabrać ze sobą wszystko, co potrzebne, a raczej, co niezbędne. Nie było możliwości uzupełnienia zapasów po drodze. Muszę mieć narzędzia, części zapasowe gdyby coś się zepsuło. Zapakować za dużo nie można bo im łódka cięższa, tym wolniejsza. Najważniejsza jest woda. Co prawda są teraz odsalarki, które przetwarzają wodę morską w pitną, ale takie urządzenie może się zepsuć i co wtedy ?  Wzięłam 550 litrów wody słodkiej na cały rejs, używałam jej tylko do picia. Myłam się w wodzie morskiej, a gdy było bardzo zimno, to niezbyt często. Jak jest zimno na oceanie i jestem ubrana w dziesięć warstw, to kąpiel jest ostatnią rzeczą, o jakiej myślę.

Co Pani jadła ?  

Głównie dania liofilizowane, takie, jak alpiniści biorą w góry. Łatwo je przygotować, zalewa się je gorącą wodą, postoją 10 minut i jest makaron, ziemniaki albo ryż z mięskiem. Są bardzo smaczne, nie trzeba zmywać, je się z opakowania. Są lekkie i łatwe do przechowywania. W odróżnieniu od zupek typu instant, w pełni wartościowe. Jedyny minus to to, że żywność liofilizowana jest dość droga, jedna porcja kosztuje ok. 35 złotych. Miałam też zupki w saszetkach do podgrzania za 3 złote. One są w płynie więc gdy popsuła się moja kuchenka gazowa, to jadłam na zimno. Miałam taką sytuacje, że popsuła się kuchenka gazowa, okazało się, że padł reduktor, niestety nie miałam zapasowego. Jacht nie miał ogrzewania, miałam mały, przenośny grzejnik na gaz, który planowałam używać gdyby było bardzo zimno. Udało mi się go przerobić na kuchenkę, na nim gotowałam. Na śniadanie jadłam płatki owsiane z suszonymi owocami.

Sprytnie. Dzięki GPS-om dzisiaj jest trochę łatwiej żeglować niż kilkadziesiąt lat temu.

Z GPS-em jest łatwiej i bezpieczniej. Jednak sztormy były i będą, na pogodę też nie mamy wpływu. Niewielka łódź w czasie wokółziemskiej podróży stała się moim domem i całym światem. W porównaniu do nowoczesnych, wypasionych jachtów, które służą głównie do organizowania imprez, moja była bardzo skromna, nieduża, 12 metrów, ale bardzo solidna. Właściciel o nią bardzo dbał. Zbudowana była w 1985 roku, ma aluminiowy kadłub. Te nowoczesne łódki są bardzo luksusowe, mają salony, łazienki, moja była bardzo prosta, skromna jak na dzisiejsze czasy, bez prysznica i ciepłej wody, ale bardzo wytrzymała. Nie miałam radaru ani łączności satelitarnej, to za kosztowne i za dużo zżera prądu. Mogłam tylko wysyłać i odbierać mejle za pośrednictwem satelity. Sterowanie jest dosyć monotonne, więc kiedy muszę coś zrobić, ustawić żagle, przespać się, to łódką steruje autopilot. Ale nie wszystko da się przewidzieć. Podczas samotnego rejsu powinno się cały czas chodzić w szelkach i być przypiętym do łódki. Robiłam to, jak uznałam, że jest naprawdę niebezpiecznie. Były niebezpieczne momenty, ale cały czas sobie powtarzałam, że jestem tu dla przyjemności

Żegluje Pani od najmłodszych lat. Skąd pomysł żeby opłynąć samotnie świat ? 

Pierwszy kontakt z morzem miałam na studiach. Studiowałam ekonomię na SGH. Na początku żeglowałam na Mazurach, wychowałam się za komuny więc wtedy jeszcze nie było prywatnych jachtów, większość to były łódki klubowe. Zapisałam się do Warszawskiego Yacht Clubu, który był finansowany przez państwo, nie trzeba było mieć majątku żeby pływać. Nie miałam wtedy pojęcia o żeglowaniu ani budowie jachtów. Z pierwszego rejsu pamiętam trzy rzeczy: że jest zimno, że fale zalewają pokład i że jest super. Zrobiłam uprawnienia żeglarskie i poznałam chłopaka, który sam budował jachty. Od niego się wiele nauczyłam. To on mnie zaraził pomysłem, żeby wystartować w samotnych regatach przez Atlantyk. Jednak ja byłam chyba bardziej zdeterminowana. Jemu nigdy się tego nie udało zrealizować, chociaż miał łódkę, a ja nie. Wtedy mi przyszło do głowy, że przecież też mogę spróbować. No i zaczęłam marzyć.

Po rozstaniu z chłopakiem została Pani bez mieszkania i bez niczego.   

Dlatego wyjechałam do Anglii, żeby zarobić pieniądze. Miałam być 2 miesiące, a zrobiło się z tego 13 lat. Jak wyjechałam do Anglii w końcu lat  80. , wylądowałam na angielskiej wsi. Pracowałam na farmie, pomagałam przy owcach, jeździłam traktorem. Nigdy nie miałam rodziny na wsi, pochodzę z Warszawy. Dlatego byłam zafascynowana. Mówi się ucz się bo będziesz owce pasać. A dla mnie to było przeżycie. Potem gdy dostałam pozwolenie na pracę  zajmowałam się przeprowadzeniem łódek. Często właściciele łódek chcieliby mieć łódkę w różnych miejscach, a nie mają czasu więc wynajmują kogoś kto tę łódkę przeprowadzi, oni tylko dolatują. Ludzie biznesu najczęściej nie mają czasu. Dobrze płacą. Dzięki temu ci którzy nie mają jachtu mogą pływać i jeszcze na tym zarabiać.

dav

Na palcach jednej ręki można policzyć kobiety, które żeglują profesjonalnie jak pani. Wielu kapitanów wyznacza kobietom rolę kucharki w załogach. Często w ten sposób tracą dobrych sterników, nawigatorów, mechaników, oficerów. 

Ja pływam od dawna, ale nie miałam jeszcze sytuacji żeby ktoś mi powiedział, to kochanie zrób mi teraz kawę, jeśli już to sama proponuję. W filmie „Maiden” o Tracy Edwards, która z pierwszą kobiecą załogą wystartowała w regatach dookoła świata w 1989 roku, widziałam, że dziewczyny musiały przepychać się łokciami, żeby je poważnie traktowano. Mnie chłopcy traktowali równo.

Świat można opłynąć na wiele sposobów. Jaką pani wybrała trasę ?

Przyjęło się, żeby opłynąć świat trzeba przeciąć równik dwa razy. Startując z Europy płynie się na południe, opływa się Afrykę, Australię, Przylądek Horn. Wyruszyłam 23 września 2018, rejs trwał 216 dni i 16 godzin, start i meta miały miejsce w Plymouth w Anglii. Do przepłynięcia miałam trzy oceany: Atlantycki, Indyjski i Pacyfik. To podobna trasa, którą w 1980 roku, jako trzeci człowiek na świecie, i pierwszy Polak, samotnie i bez zawijania do portów, pokonał Kapitan Henryk Jaskuła. Jego wyprawa trwała wówczas 344 dni, ale zaczął i skończył w Gdyni. Jest też trasa pasatowa, przez Kanał Panamski, ale Kanału Panamskiego nie ma możliwości przepłynąć samotnie, bo obwiązują przepisy, musi być pilot i 4 osoby do obsługi cum na pokładzie.

Nie bała się pani spotkania z wielorybem ?  

Kiedyś na południowym Pacyfiku tuż przed dziobem wyskoczył mi wieloryb. Wyleciał pionowo do góry, a potem się zwalił i ja nad nim przepłynęłam. One są raczej spokojne, śpią sobie i niczego się nie boją. Większość naszej planety to oceany. Delfiny skaczą mi przed dziobem albo foki płyną za rufą. Pojawiają się sztormy, są wschody i zachody słońca. Nie jestem do oceanu źle nastawiona, próbuję się z nim dogadać. Na środku oceanu człowiek może doznać niesamowitych przeżyć. Ja nie walczę z żywiołem. Ocean nie jest ani wrogi, ani przyjazny, jest zupełnie obojętny.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.