Podróż do najgłębszego miejsca na Ziemi

60 rocznica zejścia na dno Rowu Mariańskiego
13 minut czytania
253
0
Beata Turska
Beata Turska
19 lutego 2020
Makieta batyskafu „Trieste”. fot. Hydropolis.pl

„Byłem tam, zrobiłem to, kupiłem T-shirt” – żartował Don Walsh, który wraz z Jacquesem Piccardem zszedł w batyskafie „Trieste” do najgłębszego miejsca na Ziemi – położonej prawie 11 km pod powierzchnią wody Głębi Challengera w Rowie Mariańskim na Pacyfiku. Właśnie minęła 60 rocznica tego wyczynu. Przez te wszystkie lata powtórzyły go tylko dwie osoby

Gdyby amerykański oficer marynarki wojennej Don Walsh i szwajcarski inżynier Jacques Piccard podróżowali w górę, a nie w dół, znaleźliby się na wysokości przelotowej boeingów, prawie 2 kilometry ponad szczytem Mount Everestu. Poza nimi dno Głębiny Challengera zobaczyły jeszcze dwie osoby: w 2012 roku dokonał tego reżyser „Terminatora”, „Titanica” i „Avatara” Kanadyjczyk James Cameron, a w 2019 Victor Vescovo, amerykański inwestor i emerytowany oficer marynarki wojennej. Dla porównania: po Księżycu spacerowało już kilkanaście osób, a o dnie oceanów do niedawna wiedzieliśmy mniej niż o powierzchni Marsa.

Windą na dno

Piccard i Walsh wyruszyli na eksplorację głębin zimą 1960 roku. Zeszli pod wodę w batyskafie „Trieste”, zaprojektowanym przez ojca Jacquesa, Augusta Piccarda. Kapsuła ważyła ponad 14 ton (w wodzie tylko 8) i wygląda jak wielka gałka oczna. Jej ściany musiały wytrzymać ciśnienie 1,25 tony na każdy centymetr kwadratowy. Umocowano ją pod ogromnym zbiornikiem, wypełnionym ponad 33 tys. galonami benzyny – paliwo jest lżejsze od wody morskiej, więc równoważyło ciężar kuli, w której byli eksploratorzy. Zejście na dno umożliwiał balast: 9 ton żelaza w granulkach.

Zanurzanie trwało 4 godziny i 47 minut. Mogło zakończyć się dramatem: na głębokości ok. 9 kilometrów Walsh i Piccard usłyszeli potworny huk. Nie mieli pojęcia, co się stało i w jakim stanie jest ich łupinka, ale nie przerwali wyprawy. „Wciąż żyliśmy, urządzenia działały, więc postanowiliśmy schodzić dalej” – powiedział w jednym z wywiadów Walsh. Później okazało się, że pękła gruba na kilkanaście centymetrów akrylowa tafla małego okienka.

Jak w misce mleka

Badacze spędzili na dnie Głębi Challengera zaledwie 20 minut. Niewiele widzieli, bo gdy tylko na nim osiedli, w górę wzbiła się chmura zalegającego je osadu. W efekcie – jak mówił Walsh magazynowi New Scientist – wyglądanie przez okno było równie efektywne jak wpatrywanie się w miskę mleka.

Zanim pojazd dotknął dna, zdołali dostrzec coś dziwnego: rybę podobną do soli lub małego halibuta. Naukowcy to zakwestionowali. No bo jak to? Ryba 11 kilometrów pod powierzchnią wody, gdzie ciśnienie miażdży wszystko, co żyje? Walsh i Piccard nie dyskutowali z nimi, nie byli biologami. Ale jednak COŚ widzieli.
Cała wyprawa wraz z wynurzeniem trwała od świtu do zmierzchu.

A gdzie następcy?

Choć jak napisała Claire Nouvian w książce „Otchłanie”, „Trieste” był jedynie czymś na kształt windy głębinowej (nie mógł poruszać się w poziomie), przetarł szlak następcom. Walsh i Piccard byli przekonani, że za dwa, góra trzy lata podążą ich śladem tłumy badaczy, ale poza Cameronem, który zszedł na dno oceanu 52 lata później i Victorem Vescovo w 2019 roku nikt więcej tego nie zrobił.

Zdaniem Billa Brysona, popularyzatora nauki i autora książki „Krótka historia prawie wszystkiego” chodziło nie tylko o pieniądze (marynarka wojenna wycofała się z takich przedsięwzięć, bo nie jest instytucją badawczą, a USA wolało finansować badania kosmosu, które zaowocowały pierwszym załogowym lotem na Księżyc), ale przede wszystkim o to, że – jak to ujął cytowany przez niego przedstawiciel marynarki – „nie nauczyło to nas zbyt wiele, oprócz tego, że potrafimy to zrobić. Po co zatem robić to ponownie?”

Makietę batyskafu „Trieste” w skali 1:1 można oglądać we wrocławskim Hydropolis. fot. Hydropolis.pl

„Trieste” we Wrocławiu

Na koniec ciekawostka: jedyną na świecie bardzo dokładną makietę batyskafu w skali 1:1 można oglądać we wrocławskim Hydropolis  – unikalnym centrum wiedzy o wodzie.

– Oryginał jest w Muzeum Marynarki Wojennej w Waszyngtonie, ale tam nie ma nic w środku, jest tylko dziura – mówił Don Walsh, który odwiedził Hydropolis w 2016 roku. Był zachwycony wrocławską repliką. Można wejść do jej środka, manipulować pokrętłami i na własnej skórze przekonać się, jak ciasno było Walshowi i Piccardowi.

– Miejsca było niewiele więcej niż w lodówce. Następnym razem, gdy sięgniesz po butelkę piwa, pomyśl o dwóch kolesiach, którzy tam pracują – żartował Walsh, wspominając swoją wyprawę podczas jednego z licznych spotkań z publicznością. Temperatura była zresztą podobna: zaledwie 7 stopni powyżej zera, jednak eksploratorzy byli zbyt zajęci i podekscytowani, by się tym kłopotać. Mogli natomiast komunikować się z najgłębszego miejsca na kuli ziemskiej ze statkiem pomocniczym, który czekał na nich na powierzchni. Dźwięk docierał w tę i z powrotem z 7-sekundowym opóźnieniem.

A tak podczas pobytu we Wrocławiu Don Walsh opowiedział o swojej wyprawie w głębiny ekipie National Geographic Magazine:

Beata Turska
Beata Turska
Dziennikarka, redaktorka i nie tylko. Matka nastolatka, który wie wszystko najlepiej. Od niedawna tropicielka tanich biletów do Wszędzie, a od zawsze - zbieraczka osobliwości i kuriozalnych coverów. Ozdobą jej kolekcji jest "Paint it black" Rolling Stonesów w wykonaniu Karela Gotta - po niemiecku. Kocha Indie, nie potrafi żyć bez kawy, gadania i psów.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.