Rotmistrz od networkingu: jak nie pogrywać narodowymi bohaterami w marketingu

11 minut czytania
264
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
6 lutego 2020

Rotmistrz Pilecki jest jednym z największych bohaterów polskich XX wieku, czym innym jednak jest okazywanie mu szacunku i pielęgnowanie pamięci, a czym innym wycieranie sobie nim ust i używanie jako twarzy kampanii promocyjnej towarzystwa biznesowej adoracji.

O tym, że nie jest łatwo prowadzić kampanie marketingowe w mediach społecznościowych, zwłaszcza, jeśli nie ma się za grosz taktu, wyczucia albo elementarnej wiedzy przekonało się już kilka potężnych marek. Słynna wpadka „Żytniej” z udostępnieniem zdjęcia dokumentującego ofiary zbrodni lubińskiej, czyli starć z 31. sierpnia 1982 roku, kiedy to oddziały milicji i ZOMO spacyfikowały pokojową manifestację, zabijając trzy osoby, a jedenaście raniąc. Zdjęcie mężczyzn niosących rannego opatrzono żartobliwym podpisem „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią.” Srodze niestosowne, głupie, ale też – co niektórzy specjaliści zarzucali – cyniczne działanie nie tylko zostało zapamiętane, ale też miało swój finał w sądzie. Niestety zarzut usłyszała wyłącznie młoda osoba, która przygotowała post w ramach swoich obowiązków związanych z pracą w agencji reklamowej.

Innym bolesnym przykładem na głupotę i cynizm była równie niechlubna akcja promocyjna Tigera, w ramach której na platformie Instagram pojawiły się, w zamyśle zadziorne, a w praktyce żenujące grafiki komentujące ważne dla naszej historii daty. Największym echem odbiła się oczywiście ta opublikowana z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Zbliżenie na dłoń z wyciągniętym ku górze środkowym palcem i napis „1 sierpnia, dzień pamięci” oraz komentarz „chrzanić to, co było, ważne to, co będzie”. Po licznych protestach konsumentów oraz mediów tradycyjnych Tiger nie tylko zniknął na jakiś czas z social mediów, ale też przekazał darowiznę dla kombatantów i przewartościował swoją politykę marketingową.

Wydawałoby się, że po takich mocnych ciosach różne firmy i instytucje będą podchodzić do pogrywania historią w nieco mądrzejszy sposób. Oczywiście jest to założenie bardzo naiwne, bo historia okazuje się po raz kolejny bardzo marną nauczycielką, zwłaszcza, gdy trafia na oporny grunt.

Co tu się zadziało?

Nie wiem w sumie co kierowało przedstawicielami Towarzystwa Biznesowego SA opiekującymi się fanpagem tej marki na Facebooku, gdy przygotowywali swój post o rotmistrzu Pileckim, ale wszystko poszło w złą stronę. A co się w zasadzie wydarzyło? Oto 28 stycznia 2020, ledwie kilka dni po wydarzeniach upamiętniających 75. rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz na profilu firmy pojawił się entuzjastyczny w wydźwięku post o tym, że rotmistrz Pilecki był networkerem. Tak. Był networkerem i w czasie swojej obecności w Auschwitz umawiał tajne spotkania i nawiązywał relacje.

Wpis został usunięty po kilku dniach, ale szambo wybiło. Oto bowiem geniusze biznesu połączyli sobie kropki i sugerowali, że prowadzona z poświęceniem i narażeniem życia działalność rotmistrza Pileckiego mająca na celu zebranie jak największej ilości informacji o tym, co dzieje się w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych, by następnie przekazać te informacje Aliantom, czy wręcz całemu światu żyjącemu w nieświadomości lub zwyczajnie wypierającemu możliwość funkcjonowania obozów zagłady, to prawie tak, jak kolacja biznesowa dla inwestorów przy perliczce z pistacjami, musem z czerwonej porzeczki i mango oraz flaczkami z boczniaka (to menu jednej z nadchodzących kolacji z gościem).

Niesmaczne to i bardzo cyniczne. Faktem jest, że przy okazji Towarzystwo Biznesowe poleca zakup „Raportów z Auschwitz” autorstwa rotmistrza Pileckiego, ale jednocześnie na tym samym profilu poleca też zakup książek o networkingu w promocyjnej cenie 145 zł zamiast 300 zł.

„Odnoszę wrażenie, że nie zostałem zrozumiany”

Wrzucanie w jeden strumień osoby Pileckiego, o którego przedwojennych, wojennych, ale i powojennych losach można by się rozpisywać, prawdziwego bohatera, człowieka szlachetnego i odważnego oraz komunikatów o wystawnych kolacjach, coachingowego motywowania biznesmenów do wydawania większej ilości kasy i tym podobnych treści, budzi sprzeciw, oburzenie, a nawet gniew i odrazę.

Nic więc dziwnego, że na Towarzystwo Biznesowe wylała się fala złości, a komentarze nie były zbyt przychylne. Ba! Nawet przedstawiciele Muzeum Auschwitz na swoim oficjalnym profilu na Twitterze zdecydowali się zareagować stanowczo.

Łączenie misji rtm. Witolda Pileckiego w niemieckim obozie #Auschwitz, gdzie w ekstermalnych warunkach i z narażeniem życia budował organizację ruchu oporu, ze współczesnym „networkingiem” to niemoralne nadużycie i smutna instrumentalizacja historii.

Smutna instrumentalizacja historii jest faktem. Dzieje się od dłuższego czasu i wiele osób daje na nią przyzwolenie, a przynajmniej nie sprzeciwia się. Instrumentalizacja ta ma miejsce zarówno tam, gdzie ryba najszybciej się psuje, czyli wśród władz wyższego szczebla, jak też niżej, na wielu poziomach władz lokalnych, a na bazarach kończąc.

Pościel z Małym Powstańcem i symbolem Powstania Warszawskiego. Tak. Pościel

I niestety to, co zaszło na profilu Towarzystwa Biznesowego jest następstwem przedmiotowego traktowania naszej przeszłości. Może o tym też świadczyć fakt, że kilka dni po feralnym poście pojawiło się oświadczenie, napisane oczywiście w tonie „przepraszam, ale nie przepraszam”, w którym to admini profilu idą w zaparte:

Drodzy Państwo, od kilku godzin wielkim – i kompletnie niezgodnym z naszymi intencjami – zainteresowaniem cieszy się…

Opublikowany przez Towarzystwa Biznesowe SA Wtorek, 4 lutego 2020

Drodzy Państwo, od kilku godzin wielkim – i kompletnie niezgodnym z naszymi intencjami – zainteresowaniem cieszy się post o Rotmistrzu Pileckim. Wydaje nam się, że bierze się ono z dwóch rzeczy:

➡️ różne rozumienie słowa „networking”. Od 10 lat promujemy budowanie w biznesie prawdziwych, autentycznych relacji opartych na przyjaźni. Uważamy, że to postawa uniwersalna, której w biznesie szczególnie brakuje. Od 10 lat również szukamy określenia alternatywnego wobec anglojęzycznego „networkingu”, ale jak dotąd bezskutecznie. We wszystkich naszych materiałach promujemy własne dwie definicje: „networking to rzetelne służenie i profesjonalne proszenie o pomoc” oraz „networking to tworzenie sieci przyjaźnie do nas nastawionych osób”.

Networking to dla nas po prostu coś zupełnie innego, niż chodzenie na eventy i udawanie zainteresowania wobec osób, które nas nie obchodzą.

➡️ z tejże zawodowej perspektywy praca jaką wykonał Rotmistrz jest właśnie networkingowym majstersztykiem. Nie tylko dlatego, że technicznie polegała na nawiązywaniu relacji i następnie korzystaniu z nich w dobrym celu i to niezwykle sprawnie (dość przypomnieć kazus likwidacji dwóch kapo szczególnie znęcających się nad więźniami – od decyzji do wykonania minęło 24 h), ale także dlatego, że przetrwała samego Rotmistrza, pokazując zresztą że nawet w piekle na ziemi, jakim był Auschwitz, jedynym co ocalało człowieczeństwo, były właśnie autentyczne, międzyludzkie relacje.

Gdzie wyrazić zachwyt nad tą sprawnością networkingową opisaną w „Raportach…”, jeśli nie na fanpejdżu na ten właśnie temat, który obserwują entuzjaści tak pojętego networkingu, jak zdefiniowany wyżej?

W ciągu ostatnich godzin zdążyliśmy już być posądzeni o najdziwniejsze intencje, otrzymać groźby karalne, etc. Trochę to jednak smutne, bo oznacza, że nie potrafimy rozmawiać, spytać kogoś, kogo w pierwszej chwili uważamy za oponenta, o to co miał na myśli i dlaczego.

Tym bardziej to smutne, gdy dotyka organizacji przedsiębiorców, która nigdy nie zostawiła bez wsparcia wielu inicjatyw patriotycznych. Zarówno tych ogólnopolskich, jak i lokalnych.

Wierzymy jednak, że co bardziej dociekliwi dyskutanci dotrą do tego posta 🙂 Dobrej nocy!

Nie wiem, jak po tym wszystkim można mieć dobrą noc i spokojny sen. Koniec końców post o networkingowcu Pileckim nie jest już dostępny, ale niesmak pozostanie z nami na dłużej. Najsmutniejsze jest zaś to, że prędzej, czy później znów pojawi się jakiś mistrz marketingowej kreacji, którzy wyciągnie jakąs postać, zdarzenie, obraz z przeszłości i za jego pomocą będzie promował – czy to swój produkt, czy swoją ideologię. W myśl nienajmądrzejszej zasady „nie ważne co mówią, byle by mówili”.

No i mówią:

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.