Wypaleni. Od managera do zera i z powrotem.

15 minut czytania
369
0
Agnieszka Wesołowska
Agnieszka Wesołowska
6 lutego 2020

Eksponowane stanowisko kierownicze, dobra firma, sukcesy. Gdy przychodzi kryzys, trudno zmusić się do rozpoczęcia kolejnego dnia. Trzeba szukać pracy, chodzić na spotkania. Dręczą myśli: później, jutro. Lot z wysokiego szczebla na samo dno nie musi trwać długo, ale boli bardzo. Czy managerowie potrafią wydźwignąć się z kryzysu zawodowego?

Straciłem wszystko. Pożyczałem, potem wyprzedawałem cały majątek. Nie miałem na czynsz, na zaległe pensje dla ludzi, na podatki. Wylądowałem u znajomego na materacu i chodziłem po urzędach, tłumacząc, że nie mam pieniędzy. Przyszedł do mnie komornik skarbowy, a ja powiedziałem, że nic nie mam. – Ma pan komputer – powiedział komornik. – Jeśli pan mi go zabierze, nie będę miał z czego żyć – odpowiedziałem. Facet rozejrzał się po prawie pustym pokoju, napisał, że nie ma majątku do przeprowadzenia egzekucji, podał mi rękę i wyszedł. Gdyby mi go wtedy zabrał, to bym się zabił.

Klęska

Gdy 20 lat temu Leszek trafił do Warszawy, założył z kolegą firmę, działającą w mało znanej wtedy niszy. Mieli szczęście i wiedzę, wkrótce dobrze sobie radzili na rynku. Wspólnik Leszka zatrudnił na stanowisku księgowej swoją narzeczoną. Pół roku później cała załoga brała udział w pierwszym „firmowym” ślubie. Kolejne pół roku później z kasy zniknęły pieniądze – rezerwa na pensje, czynsz i inne koszty. Leszek spał w firmie, żeby ocalić majątek przed wspólnikiem i jego żoną. Bankructwo było szybkie. Ostatnich dwóch pracowników próbowało walczyć z nim o utrzymanie firmy jeszcze przez jakiś czas, a potem się poddali. Leszek mówi, że jest im wdzięczny i że jednemu z nich później, po latach, miał szansę się zrewanżować za pomoc. Zapłacił im sprzedając meble z biura.

Opuszczając siedzibę firmy zabrał ze sobą ostatni komputer i materac, na którym warował ostatnie tygodnie. Nic więcej nie było.

– Myślałem – nikt nie zatrudni byłego prezesa. We własnych oczach stałem się podczłowiekiem. Nie miałem na jedzenie, nie miałem na telefon. Dzięki komputerowi łapałem jakieś groszowe fuchy i wynająłem za to 14-metrową kawalerkę. Znajomi…

Leszek przez 5 miesięcy szukał pracy. Jak mówi – jakiejkolwiek. Były dni, gdy nie chciało mu się wstawać. Myślał: „Jutro. Dziś sobie odpuszczę”. Pieniądze były na czynsz, najtańsze jedzenie i wkrótce na alkohol.

– Znajomi są fajni, ale gdy degradujesz się do poziomu zwierzęcia, to znikają. Został jeden. Załatwił mi rozmowę o pracę, taką z uprzejmości.

Ta rozmowa o pracę wydawała się jedyną szansą. Leszek cudem zmobilizował się i przygotował na nią. Zrobił wrażenie. Zaproponowano mu – pół etatu. Zgodził się. Pracował po kilkanaście godzin i nie prosił o podwyżkę. Chciał po prostu móc wychodzić z domu i mieć za co żyć. – Chciałem przestać czuć się jak śmieć – mówi dziś.

Po dwóch latach w firmie zmienił się zarząd i nowy szef zauważył, że ma półetatowca, wartego stanowiska kierowniczego. Leszek chwycił swoją szansę i już jej nie zmarnował. Dziś jest daleko od tamtego miejsca, na stanowisku zarządczym w międzynarodowej firmie.

Sukces

Kariera Kazimierza nabrała rozpędu zaraz po starcie. W czasach, gdy jego koledzy nosili skrzynki na targowiskach lub czekali na pierwszą pracę po studiach, Kazimierz złapał posadę w światowym koncernie zupełnie nowej branży. Przypadek – był we właściwym czasie na właściwym miejscu. Wygadany, energiczny – spodobał się dyrektorowi sprzedaży i zaczął pracę od razu na stanowisku kierowniczym, z zespołem ludzi pod sobą. Gdy koledzy chodzili w marmurkowych dżinsach, Kazimierz ubierał się w jedwabne garnitury. W rok zarobił tyle, że za gotówkę kupił dwupokojowe mieszkanie. Dziewczyna, którą poznał, entuzjastycznie zgodziła się na ślub. Wkrótce pojawiło się dziecko, a ona nie musiała po urlopie macierzyńskim wracać do pracy.

Początek lat 90. był czasem dynamicznych przemian gospodarczych. Firmy przekształcały się, produkty ewoluowały, zmieniały się potrzeby rynku. Kazimierz skonfrontował się z faktem, że wdrożona według zagranicznych reguł polityka sprzedażowa nie daje się realizować w stopniu, którego wymagało kierownictwo. Próbował coś zmieniać, ale w sztywnych ramach korporacji mógł tylko realizować narzucony plan. Jego ludzie rezygnowali z pracy, a nowi nie pracowali wydajnie. Nie minęło 5 lat i podziękowano mu za współpracę.

Kazimierz miał wtedy mniej więcej tyle lat, ile Leszek w momencie bankructwa. Nie musiał niczego wyprzedawać. W domu było czysto, cicho, żona zajmowała się dwójką maleństw i nieśmiało zaproponowała, że może pójdzie do pracy.

Odbył kilkanaście rozmów o pracę. Nikt nie chciał mu dać stanowiska managerskiego, proponowano tylko szeregowe stanowiska w działach sprzedaży. Kazimierz odmawiał. Odmówił też managerowania, gdy zaproponowano mu zbyt niską, jego zdaniem, pensję. W końcu pracę, tymczasową, załatwił mu wpływowy stryj. Było to pół etatu na stanowisku nominalnie kierowniczym, acz Kazimierz nie miał nikogo pod sobą. Pracował tam przez kilka lat. Potem stryj załatwił mu inną – cały etat w podrzędnej spółce komunalnej. Kazimierz pracuje tam do dziś, zawsze w garniturze.

Zmiana

Agata przez kilkanaście lat pracowała na stanowiskach kierowniczych w kolejnych sklepach. Pytana o miejsce pracy, zawsze opisywała swoje zajęcia dodatkowe – była malarką, angażowała się w działalność społeczną, prowadziła warsztaty artystyczne. Miała 35 lat, gdy zaproponowano jej poprowadzenie sklepu nowej marki. Head-hunterzy sami ją znaleźli, sami namówili na zmianę. Poczuła się doceniona, wyjątkowa, bardzo fachowa. Zorganizowała sklep i opracowała sobie grafik w taki sposób, by jeździć na wystawy i prowadzić warsztaty.

Kryzys zawodowy był krótki. Po dwóch miesiącach takiego lawirowania z czasem pracy, wezwała ją na rozmowę dyrektorka regionu i po prostu wręczyła wypowiedzenie. – Zdecyduj się, czego chcesz – powiedziała na odchodne.

Agata odebrała to osobiście i żeby wszystkim pokazać na co ją stać, znalazła prawie natychmiast nową pracę. Odeszła stamtąd po tygodniu, wykrzykując wszystkim, że nie znają się na handlu. W kolejnej pracy wytrzymała trzy miesiące. Head-hunterzy już nie dzwonili.

Zastanowiła się nad swoimi priorytetami i zabrała się za to, co naprawdę umiała i kochała robić. Od pięciu lat nie jest już „panią kierownik”. Finanse – tego najbardziej się bała – z tym sobie jakoś radzi.

Praca

Leszek dziś zarządza sporą załogą. Gdy firma robi rekrutację, do niego trafiają już przygotowane 3–4 kandydatury wybrane przez dział HR.

– Kiedyś tu przyszedł do nas do pracy były pracownik jednego ze światowych koncernów. Stracił tamtą pracę, bo go wydrenowali, wypalili i wyrzucili. Chciał być elastyczny, przedstawił oczekiwanie płacowe na poziomie 10% tego, co miał w koncernie. Ale to nie Szwajcaria, ja mu tego nie mogłem dać, a płacę swoim ludziom średnią rynkową. Trzeba umieć zejść w dół.

Przedsiębiorstwo Leszka się rozwija i rekrutacja trwa stale. Potrzebni są specjaliści, a także nowi managerowie.

– Tu czasem ludzie uważają, że jak któryś jest świetnym specjalistą, to musi awansować na managera. Ale co z tego, że ktoś jest świetnym specjalistą, kiedy komunikacyjnie jest fatalny. Nie potrafi motywować, wpływać. Za to skutecznie obraża kolegów. Każdy manager powinien być szefem zespołu, w którym każdy jest od niego lepszy. Jak ma problem z poczuciem porażki, którą kiedyś poniósł na wcześniejszym etapie kariery, to nie będzie mógł dobrze zarządzać. Klęska, z którą nie umie się skonfrontować, sprawia, że traci się przede wszystkim we własnych oczach.

Leszek opowiada jeszcze kilka anegdot o rosnących roszczeniach pracowników – o tym, że jeden robił awanturę, że dostał podwyżkę 15%, a chciał 30%, a drugi narzekał, że pokoju socjalnym kanapa jest zbyt jasna i łatwo się brudzi. I że może przyjść moment, w którym pracownika nie zadowoli ani kolejna podwyżka, ani dodatki i będzie niezadowolony w każdym kolejnym miejscu, do jakiego trafi. Mówi, że wypalenie, a nawet depresja, to są poważne problemy, o których nie myślał, gdy starał się przetrwać po bankructwie i że na szczęście teraz są inne czasy.

I że mimo wszystko nie wolno się poddawać. I chwytać szansę.

Imiona bohaterów zmieniono.

Agnieszka Wesołowska
Agnieszka Wesołowska
Dziennikarka, redaktorka, na ogół pisze o bezpieczeństwie, oszustwach, przestępczości i złych ludziach dla Zaufanej Trzeciej Strony, ale nie tylko.

Współpopełniła "Buty mojego męża". Prowadzi profil "Pani syn udaje" poświęcony chorobom odkleszczowym. Robi zdjęcia, słucha muzyki, je, pije, chodzi i żyje, czego i Państwu życzy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.