Cała Polska jeździ na rowerach. Problem w tym, że nie umie

Rowerzysta rowerzyście nierówny
14 minut czytania
29140
61
Radek Teklak
Radek Teklak
10 czerwca 2017

Sezon rowerowy w tym roku zaczął się trochę później, gdyż nie dopisywała nam pogoda. Ale jak już zaczęła dopisywać, stało się widomym i wiadomym, jak bardzo ludzie tęsknili do jazdy. Ulice, drogi dla rowerów i chodniki zaroiły się od jednośladów. I zaczął się problem.

Dawno temu napisałem na bloga tekst o grzechach rowerzystów. Powstał w stylu zrozumiałym dla moich ówczesnych czytelników, tak się jednak stało, że wypłynąłem na szersze wody (jedynka Gazety, kilka forów rowerowych i rolkarskich). Dowiedziałem się wtedy kilku interesujących rzeczy o pożyciu moich rodziców, sposobie prowadzenia się matki, rodzajach parafilii, które mnie kręcą oraz, co najśmieszniejsze, zostałem okrzyknięty prowokatorem.

Autor tego stwierdzenia ocenił, że jestem blachosmrodziarzem (tak hardkorowi cykliści nazywają kierowców), onanistą, penisem oraz jeżdżę wszystkim, tylko nie rowerem. Mieszkałem wtedy w Piasecznie i do pracy dojeżdżałem głównie w ten sposób, bo zakorkowana non stop Puławska była dla mnie mało atrakcyjna. Dlatego tak mnie to rozśmieszyło.

Coś tam kojarzę

Po Warszawie i okolicach na rowerze jeżdżę od 1999 roku i co miesiąc staram się wykręcić przynajmniej 200-300 kilometrów. Nie jakiś rekord, ale też i nie byle co. Gdy zaczynałem, podobnych mnie samobójczych straceńców była setka i rzadko się mijaliśmy na ulicach (o drogach dla rowerów poza Ursynowem można było zapomnieć). Dlatego koncentrowałem się na obserwacji i piętnowaniu głupich manewrów wykonywanych przez kierowców. W ciągu tych 18 lat przyzwyczaiłem się do nieobliczalności niektórych, a po stylu jazdy wiem, kto może mi za chwilę wyciąć niespodziankę i skręcić w prawo przed nosem, a kto nagle zatrzyma się na środku drogi, bo go dopadły ciężkie rozkminy egzystencjalne. Kierowców mam rozpracowanych do tego stopnia, że jeżeli któryś z nich nie wjedzie bezpośrednio i centralnie we mnie, nie ma szans, żeby zdjąć mnie z roweru. Jest to wyczucie, które przychodzi z wiekiem i doświadczeniem, i którego nie da się nauczyć z wpisów na blogach i poradników „Nauka jazdy na rowerze dla głupków. W WEEKEND!”.

To fantastycznie, że Polacy chcą jeździć na rowerach. Problem polega na tym, że nie potrafią tego robić

Wystawcież sobie moją konfuzję, gdy kilka lat temu zdrada przyszła z najmniej oczekiwanej strony i od niedawna bardziej ufam kierowcom niż rowerzystom. Bo to właśnie ci drudzy zachowują się na trasie jak porażeni słońcem i jeżdżą w sposób absolutnie nieprzewidywalny. Przyczyny takiego stanu rzeczy są następujące: bezmyślność, brak wyobraźni, brak znajomości choćby podstawowych zasad poruszania się rowerem po drogach oraz rozwój sieci wypożyczalni rowerów miejskich.

Sieć rowerów miejskich

Wypożyczanie roweru do krótkich przejazdów i jako uzupełnienie miejskiej sieci transportowej jest rozwiązaniem genialnym. Rejestrujemy się, bierzemy rower, przejeżdżamy z miejsca na miejsce, odstawiamy i jest świetnie. W ten sposób oszczędzaliśmy na przykład czas w Paryżu. Mogę się pochwalić, że na rowerze sforsowałem to potworne rondo turbinowe przy Łuku Triumfalnym.

Warszawskie Veturilo to w tej chwili 337 stacji i prawie 5000 rowerów. Ostatnio operator pochwalił się kolejnym rekordem: w sobotę 20 maja jego rowery wypożyczono 42 228 razy, co oznacza, że każdy miał średnio prawie 9 wypożyczeń. Rekordów jest więcej. Czytam i trochę się cieszę, a trochę mi słabo: 4 miliony, 3 miliony, 300 tysięcy w marcu, pół miliona zarejestrowanych użytkowników w Warszawie, ponad milion w całym kraju. Normalnie rowerowy boom, moda na zdrowie i eksplozja, wybaczcie kiepski kalambur.

Warszawskie Veturilo to w tej chwili 337 stacji i prawie 5000 rowerów (fot. Papoyan/Shutterstock.com)

To fantastycznie, że Polacy chcą jeździć na rowerach. Problem polega na tym, że nie potrafią tego robić, przez co w Warszawie dobrze śmiga się wyłącznie po zmroku, gdy wszystkie rowery trafiają z powrotem do uchwytów na stacjach. To co się przez ostatnie 4 lata wyczynia na drogach prędzej czy później spowoduje jakieś retorsje. Oby pokojowe.

Czym grzeszą rowerzyści, którzy z rowerem z wypożyczalni zetknęli się niedawno?

Jazda ulicą

Gdy obok jest DDR (droga dla rowerów). Jazda środkowym pasem, bo tak. Jazda lewym pasem w sytuacji, gdy nie skręcają w lewo, bo tak. Jazda środkiem pasa, bo tak. Jazda buspasem, bo tak. Jazda bez trzymanki. Wszystko to jest niebezpieczne i wynika z nieznajomości przepisów oraz poczucia własnej nieśmiertelności.

Ulice, drogi dla rowerów i chodniki zaroiły się ostatnio od jednośladów

Jazda chodnikiem

Są konkretne sytuacje, które zezwalają rowerzystom na znalezienie się na chodniku. Opieka nad dzieckiem do dziesiątego roku życia, jadącym na rowerze, warunki pogodowe zagrażające bezpieczeństwu rowerzysty (śnieg, silny wiatr, ulewa, mgła, gołoledź) oraz chodnik szerszy niż 2 metry prowadzący wzdłuż drogi, na której dopuszczalna jest prędkość większa niż 50 km/h i brak wydzielonej infrastruktury rowerowej. Plus chodniki z dopuszczonym ruchem rowerowym, co sygnalizują odpowiednie znaki. I to wszystko.

Jednocześnie, gdy jedziemy po chodniku jesteśmy obowiązani jechać powoli, zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym. Przynajmniej raz dziennie podczas spacerów z psem krzyczę do rowerzystów „koleś, może tak wolniej?”. To już nie są pojedyncze incydenty, to plaga, nagminność i obowiązkowa jazda bez trzymanki. Wynikająca oczywiście z nieznajomości przepisów albo ich olewania.

Jazda po przejściu dla pieszych

Według mnie przepis bezsensowny i do zmiany, wystarczyłyby trzy założenia i rowerzysta mógłby to robić bezpiecznie. Ja sobie to wymyśliłem tak: jadę po przeciwnej stronie przejścia do tej, z której zbliżają się pojazdy (czyli zasłaniają mnie piesi), jadę w tempie pieszych i nie jadę między pieszymi. Uważam, że taka kompozycja warunków powoduje, że przemieszczam się tak, jakbym rower przeprowadzał przez przejście, nie zakłócam sobie płynności jazdy i jednocześnie nie wadzę innym. Popatrzcie sobie na to, co się dzieje na przejściach dla pieszych, na których miesza się ruch pieszy i rowerowy. To jakieś Destruction Derby skrzyżowane z Running Manem. Praktycznie wszystkim rowerzystom spieszy się tak bardzo, że walą slalomem między pieszymi, którzy siłą rzeczy uskakują. Oczywiście cykliści nie widzą w tym żadnej niestosowności, a kilometr dalej bluzgają kierowcę, który wyprzedził ich zbyt blisko i wtargnął w ich strefę komfortu.

Wisienką na czubku tego tortu z gówna jest przejeżdżanie na czerwonym. Też to robię. Ale nie na ruchliwej arterii, na której kierowcy grzeją trochę szybciej, niż zezwalają przepisy i pojawiają się w pobliżu przejścia nagle. Zdecydowanie łamię przepisy w okolicach małych, bocznych uliczek i tylko wtedy, gdy w zasięgu wzroku nie ma niczego nadjeżdżającego z boku. Bardzo bowiem boję się bocznych uderzeń.

Wspomnieć należy również o rowerzystach, którzy przez przejścia dla pieszych przejeżdżają bez trzymanki.

Jazda po DDR-ach

Tutaj panuje wolna amerykanka i dzicz kompletna. Jazda ławą. Jazda połączona z romantycznym trzymaniem się za ręce. Jazda po angielsku, czyli lewą stroną drogi. Jazda środkiem, przez co każdy manewr wyprzedzania jest prawdziwą przygodą. Jazda bez trzymanki. Jazda bez pojęcia, że te poziome białe pasy, to przejścia dla pieszych przez DDR i jak pieszy już się na nim znajduje, to ma pierwszeństwo. Wyprzedzanie na trzeciego, bo czemu nie. Ustawianie się na światłach na całej szerokości DDR-u i radosna zgęstka i splątek na środku ulicy, bo jakoś trzeba siebie minąć, a każdemu brak koncepcji jak i po której stronie to zrobić. No ogólnie jest abominacja.

Miłość ewidentnie ogłupia

Jazda bez trzymanki

Karałbym za to chłostą. Jak bolą cię ręce, zatrzymaj się, rozmasuj je sobie, zrób kilka wymachów, rozluźnij nadgarstki i jedź dalej. Nic nie usprawiedliwia jazdy bez trzymanki po ruchliwym chodniku czy, o zgrozo, po ulicy. Widuję to średnio raz na 3-4 dni.

Sygnalizowanie manewrów

Nie stwierdzono. Czasami mam wrażenie, że oprócz mnie po Warszawie jeździ jeszcze 10 osób, które pamiętają o tym starożytnym rytuale. Reszta wali przed siebie i domyśl się, co za chwilę zrobią. Z tego powodu od dłuższego czasu daję wymuszać na sobie pierwszeństwo, bo wolę jechać do domu minutę dłużej, niż wyplątywać swoje flaki z kierownicy typa, z którym się zderzyłem. A gdy patrzę na niektóre manewry włączania się do ruchu ulicznego, to odruchowo zasłaniam twarz, żeby nie ochlapała mnie krew potrąconego rowerzysty. To niesamowite, jak silne w Polakach jest poczucie nieśmiertelności.

Totalna izolacja

Sam jeżdżę w słuchawkach, bo ani nie ma zakazu, ani żadne badania nie potwierdzają, że gdy mam je na uszach, to moja zdolność zbierania dźwięków z otoczenia jest upośledzona w stopniu uniemożliwiającym bezpieczną jazdę. Tylko że ja stosuję słuchawki douszne, gram sobie maksymalnie na pół głośności, a gdy używam słuchawek pełnych, lewą przesuwam bliżej policzka tak, żeby słyszeć ulicę albo DDR. Dzięki czemu zawsze łapię sygnały pojazdów uprzywilejowanych, dzwonek typa, który chce mnie wyprzedzać oraz dźwięk elementu odpadającego od mojego roweru (wczoraj odleciał mi kołpaczek osłaniający mocowanie korby, zatrzymałem się, zebrałem, przymocowałem z powrotem).

O tym, jak bardzo rowerzyści odcinają się od otoczenia przekonuję się niemalże codziennie na DDR-ach. Spośród tych w słuchawkach ANI JEDEN nie zareagował w tym sezonie na mój dzwonek, sygnalizujący wyprzedzanie. Tak, wiem, jest to funta kłaków niewarta anecdata, która jednak pokazuje pewne zjawisko.

Widzicie, nie miałbym z tym wszystkim najmniejszego problemu, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze bezmyślność rowerzystów z wypożyczalni godzi w moje bezpieczeństwo. Po drugie Polacy łatwo się dzielą. Przez co kilkanaście lat ciężkiej pracy, dzięki której udało się przynajmniej trochę ucywilizować stosunki na drodze i chodniku, właśnie trafia szlag.

Trochę szkoda.

Radek Teklak
Radek Teklak
Lubię popkulturę, Excela, książki, rower i żagle. Po godzinach jeżdżę komunikacją miejską i słucham, co ludzie mówią. Przez 16 lat analizowałem w korporacjach, teraz zrządzenie losu sprawiło, że jestem redaktorem w IgiMag. Piszę tutaj, piszę na swojej stronie teklak.pl, piszę na Facebooku, z tego pisania wydałem dwie książki, a trzeciej jestem współautorem. Jakoś tak wyszło.
AUTOR

Polecamy

Komentarze