Dlaczego nie warto mieć książek

Najpierw ty je masz, a potem one mają ciebie!
4 minuty czytania
2280
20
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
16 sierpnia 2017
fot. photo cm

„Ach, te to, książki zbójeckie!” (ciska książkę). „Młodości mojej niebo i tortury!”. A prawdziwe schody zaczynają się w chwili gdy musisz się z tymi draniami, książkami, przeprowadzić.

Przeprowadzka to jeden z najgorszych kataklizmów życiowych, zwłaszcza, gdy się lekkomyślnie wybrało do życia lokalizację na czwartym piętrze bez windy. Panowie od przeprowadzek są wyraźnie zdegustowani moim brakiem rozsądku w tej kwestii.

Półtorej tony książek

Poważną dezaprobatę budzi w nich też mój księgozbiór. Ja tam nie uważam, aby był jakiś szczególnie okazały, kudy mu do biblioteczki moich rodziców czy śp. dziadka bibliofila. Ot, skromny zbiorek, dodatkowo utemperowany dzięki przesiadce na czytnik elektroniczny, bo teraz jednak większość książek przyswajam w tej formie, a papier to tak od wielkiego dzwonu. Owszem, zbiorek zajmuje regał, który z kolei zajmuje całą ścianę od podłogi do sufitu w mieszkaniu dość wysokim, ale nie przesadzajmy. JEDNĄ ścianę.

Panowie jednak są innego zdania i przeważnie na jego widok mówią coś jakby „o Jezu”, tylko nie tak ładnie. Jeden z panów, którzy robili przedprzeprowadzkową wycenę, najpierw bardzo się zasmucił, potem zmarszczył, potem coś sobie obliczał w myślach, a w końcu powiedział: „To będzie tak z półtorej tony. No i to czwarte piętro!” (wiem, przepraszam, nigdy więcej nie będę mieszkać na czwartym, żeby już nikogo nie denerwować, obiecuję!). Uwzględniwszy te okoliczności pan podał mi cenę swojej usługi… no i tak skończyłam pakując książki. Przecież co to jest półtorej tony dla energicznej i zorganizowanej kobiety?

Co to jest półtorej tony dla energicznej i zorganizowanej kobiety?

To przede wszystkim okazja by odkurzyć księgozbiór – zarówno dosłownie, jak i w sensie metaforycznym: przejrzeć co można puścić w świat czy oddać do biblioteki, a bez czego żyć się nie da. No to robię przegląd półek i odkładam na zgrabne kupeczki, które z jakiegoś powodu szybko przestają być zgrabne i zajmują sporą połać podłogi. No trudno, jakoś to potem ogarnę. Teraz pora zabrać się za pakowanie tych książek, które zabieram na dalszą drogę życia. Będę je, za radą mądrych koleżanek (dzięki Asja!), pakować w zgrabne pakieciki i owijać folią. Metoda ta zyskała również przychylność panów od przeprowadzki, więc mam nadzieję, że pozwoli mi się nieco zrehabilitować w ich oczach i w końcu wybaczą mi to czwarte piętro.

Kochać nie warto

Biorę więc pierwszą porcję książek z półki i – co my tu mamy? Ach tak, to książki, które mój były partner życiowy określał jako „O, znowu czytasz jakąś smutną książkę o Żydach?”. Owszem, smutne książki o Żydach, a zwłaszcza cały dorobek Henryka Grynberga, zajmują sporo miejsca w moim księgozbiorze, nie mówiąc o sercu. Układam je więc starannie i z lubością, od razu też przychodzi mi do głowy, że przecież logicznie byłoby obok nich ułożyć moje tuwimiana i słonimszczana. Zarówno książki ich autorstwa (z ukochaną perełką w postaci wspomnień Słonimskiego o Warszawie jego młodości – zawsze gdy idę ulicą Niecałą myślę sobie o tym nieistniejącym dziś domu, w którym spędził dzieciństwo), jak i te im poświęcone (Twarz Tuwima Piotra Matywieckiego, co to za rozkoszna lektura! Był tam taki fragment o muzyczności fraz Tuwima, zaraz go znajdę…).

Dwie godziny później mam już dwa pakieciki książek i wciąż mnóstwo zapału! To teraz może dalej poeci – tylko najpierw Herbert czy Rilke? A może Białoszewski? Gdzie ten Białoszewski, cholera, dlaczego Białoszewskie nie stoją razem? Gdzie „Zawał”, kto pożyczył mój „Zawał”? Nie, nie ma mowy! Nie spocznę, dopóki nie znajdę tego „Zawału”! Przeryję wszystkie półki! Do jutra tu będę stała i do Bydgoszczy będę jeździć… A, dobra, już pamiętam. „Zawał” był Taty i pewnie jest u niego. No to uff.

Robota idzie jak z płatka, teraz lecą Tyrmandy, za nimi Skvorecky i trochę eseistyki (czy Žižek może stać koło Jęczmyka, czy się pokąsają?) i polska literatura współczesna, czyli chłopaki: Żulczyk z Orbitowskim (dodam im jeszcze Twardocha, przecież się kumplują) i dziewczyny: Chutnik, Plebanek, Masłowska. No! wspaniale idzie mi ta robota i jeszcze się przy tym dobrze bawię!

Dwie godziny później mam już dwa pakieciki książek i wciąż mnóstwo zapału!

Tylko zerkam na zegarek: czwarta nad ranem. Budzik zadzwoni za półtorej godziny. Zerkam na regał: opróżniłam plus minus dwie półki. Reszta stoi gdzie stała… nie, właściwie teraz stoją jakoś bardziej wszędzie. A nawet nie tknęłam jeszcze książek o średniowieczu (zwłaszcza tych kilku pasjonujących pozycji o gotyckich nagrobkach), ani komiksów (ooo! Scott Pilgrim!), ani biografii reżyserów i aktorów… o kolekcji książek poświęconych Bowiemu nie wspominając.

I to jest właśnie ta chwila, w której czuję, że nie warto mieć książek. Nie warto ich kochać, nie warto się nimi cieszyć. Przynajmniej nie wtedy, gdy trzeba je spakować przed przeprowadzką. Trzymajcie kciuki, żebym to jakoś przeżyła.

PS Tomek, oddaj moje McEwany!!!

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

[FM_form id="1"]