Dzień z życia przedwojennego warszawiaka wiosną 1938 roku

7 minut czytania
8933
3
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
8 kwietnia 2018

Polska dwudziestolecia międzywojennego uchodzi za raj utracony, wzbudzający żywe zainteresowanie nawet tych, których historia jako taka nie ciekawi. Nic dziwnego, bo to przeszłość bardzo bliska, często znana z opowieści naocznych świadków z naszych rodzin.

Przenieśmy się więc w nią na chwilę i zobaczmy, jak mógł wyglądać dzień typowego mieszkańca Warszawy z końca lat trzydziestych, inteligenta z klasy średniej.

Mieszkanie na Żoliborzu

Nasz bohater, pan Kowalski, mężczyzna  trzydziestoletni, czyli już całkiem poważny i dojrzały (przedwojenna trzydziestka to co najmniej nasza czterdziestka) w 1938 roku mieszka na Żoliborzu, przy ulicy Mickiewicza. Żoliborz to młoda dzielnica, zamieszkana głównie przez inteligencję, a powstała gdy po okresie zaborów miasto wreszcie mogło zacząć rozbudowywać się na północ, nie blokowane już umocnieniami carskiej Cytadeli.  Żoliborz jest wyspą budynków wśród pól, prawie osobnym miasteczkiem oddzielonym od reszty miasta torami Dworca Gdańskiego.

Elewacja bloku spółdzielczego „Warszawa 1” przy ul. Mickiewicza 27, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pan Kowalski mieszka z dwójką dzieci i żoną młodszą o kilka lat (nie kilkanaście, co bywało częste jeszcze u wcześniejszego pokolenia). Mieszkanie Kowalskich jest nieco mniejsze niż te w dużych kamieniach budowanych na przełomie wieków, ale funkcjonalne i nowoczesne, z elektrycznością, ogrzewaniem oraz bieżącą wodą. Kowalscy w przeciwieństwie do pokolenia swoich rodziców nie boją się pustych ścian, zrezygnowali też z ciężkich mebli i mnóstwa bibelotów.  Umeblowali się po „ładowsku” (od Spółdzielni Pracy Architektury Wnętrz „Ład”), mają więc proste drewniane meble, lniane obrusy i zasłony (len jest tańszy od bawełny).

Sobota, dzień roboczy

Pracuje tylko pan Kowalski, jego żona zajmuje się domem, zwłaszcza, że nie wynajmują gosposi. Trochę robią tak z oszczędności, bo oboje pod koniec lat dwudziestych przyjechali do stolicy z oszczędnej Wielkopolski. Po odzyskaniu niepodległości i likwidacji zaborczych kordonów, rozpoczęła się swobodniejsza wymiana ludności między dzielnicami zrastającej się Polski, a czar szybko rosnącej Warszawy przyciągał jak magnes. Jednak w wielu warszawskich domach gosposia to wciąż osoba wręcz niezbędna, czasem jeden z lokatorów.

Meble wytworzone przez Spółdzielnię Wyrobów Dekoracji Wnętrz „Ład”, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Państwo Kowalscy są szczęśliwym małżeństwem i dobrze im razem, zresztą nie mają innego wyjścia, bo polskie prawo nie przewiduje rozwodów cywilnych. Małżonkowie mogą starać się  tylko o kościelne unieważnienie związku, co zwykle pociąga za sobą zmianę wyznania.

Jest sobota, ale pan Kowalski szykuje się do pracy, bo w zwyczajnym tygodniu wolna jest tylko niedziela. Jeszcze do połowy lat trzydziestych w sobotę pracowano krócej, sześć godzin, ale kryzys wymusił powrót do ośmiu. Co ciekawe, chociaż wiosna trwa w najlepsze, pan Kowalski wstał godzinę później, niż jego dalecy potomkowie po wojnie, nie stosuje się bowiem zmiany czasu na letni.

Pan Kowalski  myje się do połowy, szczotkuje zęby i goli. Na cotygodniową kąpiel przyjdzie czas jutro. Używa mydła Palmolive, jedną z wielu marek, które zniknęły z polskiego rynku wraz z nastaniem komunizmu i wróciły dopiero po 1989 roku. Zęby myje specjalnym proszkiem i drewnianą szczoteczką z powklejanymi  kępkami świńskiej szczeciny, która niestety lubi wypadać. Do golenia nie używa brzytwy ale nowoczesną metalową maszynką na żyletki. Stara się golić codziennie, co jednak nie jest normą, niektórzy robią to co drugi, a nawet trzeci dzień.

Pan Kowalski pospiesznie zjada przyrządzoną przez żonę jajecznicę, wypija kawę i pędzi na przystanek tramwajowy.

Warszawskim tramwajem

Tramwaj, pamiętający jeszcze czasy sprzed Wielkiej Wojny, z odkrytymi pomostami, wiezie pana Kowalskiego w pobliże miejsca pracy – jednego z największych (o ile nie największego) polskiego wydawnictwa książkowego Gebethner i Wolff. Firma mieści się w okazałym, stylizowanym na gotycki zamek gmachu na rogu śródmiejskich ulic Sienkiewicza i Zgoda.

Droga z Żoliborza jest daleka, a tramwaj ciasny. Po ulicach, zwłaszcza poza Śródmieściem i to nawet tych reprezentacyjnych, niedawno pokrytych asfaltem,  jeździ niewiele samochodów. Większość warszawiaków zmierza do pracy tramwajami, nielicznymi i uchodzącymi za luksus autobusami, na rowerach, a przede wszystkim  pieszo. Mały ruch kołowy sprawia, że pieszy czuje się całkiem bezpiecznie, a nawet poczyna sobie zuchwale, przekraczając jezdnie gdzie chce i kiedy chce. Co prawda na ulicach zagościła już nowinka, sygnalizatory świetlne, ale tam gdzie ruchu nie reguluje policjant, tam hulaj dusza!

Tramwaje udekorowane plakatami Polskiego Białego Krzyża, maj 1938, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Panu Kowalskiemu szczęśliwie udaje się zająć miejsce siedzące. Ściskając teczkę, czas podróży skraca sobie lekturą najpopularniejszej polskiej gazety codziennej, Ilustrowanego Kuriera Codziennego, potocznie nazywanego IKAC-em. Pogrążony w  lekturze niepokojących artykułów o zuchwalstwach niemieckiego kanclerza Hitlera nie patrzy przez okno. A tymczasem za oknem przesuwają się krajobrazy ciasno zabudowanej, obwieszonej szyldami i gwarnej Dzielnicy Północnej, zamieszkanej prawie wyłącznie przez Żydów. Na tle Warszawy to zupełnie inny świat, z innym językiem, alfabetem oraz zwyczajami i zarazem tak nieodłączna część miasta, że  pan Kowalski nie uwierzyłby, gdyby ktoś mu powiedział, że już za kilka lat Dzielnica Północna zostanie dosłownie zrównana z ziemią. Rejon ten pokryje później całkiem inna siatka ulic i budynków, a gęstą zabudowę zastąpią otwarte przestrzenie wokół gmachów Muranowa postawionych na wzgórzach z zawalonych ruin.

Pan Kowalski wysiada przy otoczonym metalową balustradą Ogrodzie Saskim. Czeka go jeszcze nieco spaceru, ale jest piękna pogoda, więc naprędce skręca papierosa i paląc go dziarsko maszeruje ulicami gęsto zabudowanego Śródmieścia. Palenie na ulicy nikogo nie bulwersuje, zresztą palą prawie wszyscy dorośli, nawet przy posiłkach. W dodatku papierosy nie mają filtrów i mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo szkodliwy jest nałóg tytoniowy.  Śródmiejskie gmachy są wysokie, monumentalne, a ulice stosunkowo wąskie. Trzeba czasem nadłożyć drogi, bo na przykład Marszałkowska kończy się już na bramie Ogrodu Saskiego, chociaż od dawna mówi się o potrzebie przebicia jej do Placu Bankowego. Tam gdzie za kilkanaście lat stanie gigantyczny Pałac Kultury, pysznią się wysokie, reprezentacyjna kamienice, stojące blisko siebie na cennych działkach. Najwyższym budynkiem miasta jest wieżowiec towarzystwa ubezpieczeniowego Prudential przy Placu Napoleona i to właśnie on stanowi dla warszawiaków główny punkt orientacyjny.

Flaki “U Wróbla” czy coś tańszego?

Praca w gigancie wydawniczym, jakim jest wydawnictwo Gebethner i Wolff idzie sprawnie, chociaż nie ma komputerów i internetu. Teksty dyktuje się sekretarkom, albo pracowicie wystukuje na maszynie do pisania. Nie ma kserografów, więc aby mieć więcej kopii, pisze się przez kalkę. Poprawki nanoszone są ręcznie,  zresztą sporo tekstów przychodzi od autorów jako rękopisy. Komunikację usprawniają służbowe telefony oraz ludzkie nogi – wciąż najszybciej dostarczyć jakąś wiadomość za pośrednictwem gońca.

Księgarnia Gebethner i Wolff przy ul. Krakowskie Przedmieście, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po pracy, pan Kowalski zagląda do pobliskiej restauracji „U Wróbla” na Mazowieckiej, ulubionej przez artystów i urzędników, gdzie można zjeść tanio, smacznie i w miłej atmosferze. Pamięta, że bardzo smakowały mu podawane tam w czwartki flaki po warszawsku, z pulpetami, zapiekane pod pierzyną z tartego sera. Przedwojenne flaki to solidny posiłek, bardziej podobny do gęstego gulaszu, niż dzisiejszej cienkiej zupki.

Zjada jednak posiłek skromniejszy, tańszy, wedle najnowszej mody z dużą ilością warzyw. Co prawda jako pracownik umysłowy zarabia całkiem dobrze, bo aż kilkaset złotych (co z grubsza odpowiada kilku tysiącom dzisiejszych złotych), to przecież ma rodzinę na utrzymaniu, a w przedwojennej Warszawie jedzenie kosztuje. Cena bochenka chleba to aż 30 groszy! Nikogo nie dziwi, że inteligencka rodzina jada mięso tylko dwa razy w tygodniu, zresztą i tak częściej niż przeciętna rodzina robotnicza.

Zdrowy posiłek pan Kowalski popija piwem, także zalecanym jaki napój zdrowy i raczej nie uznawanym za alkohol. Być może właśnie dlatego jest niezbyt popularne.

Niedziela będzie dla rodziny

To sobotnie popołudnie, więc pan Kowalski postanawia nie wracać jeszcze  do domu. Niedzielę i tak prawie całą poświęci rodzinie – po kościele, przed obiadem pójdą na obiecany spacer do Parku Ujazdowskiego, przejdą się też reprezentacyjnymi Alejami Ujazdowskimi, którymi w święta państwowe tradycyjnie przechodzą wojskowe parady. Po południu zapewne odwiedzą jedno z kilkudziesięciu warszawskich kin. Byle tylko zająć dobre miejsca, bo kinowe krzesełka nie są numerowane! A wieczorem czeka ich spokojny relaks przy radiu, solidnym drewnianym aparacie wielkości niemałej szafki i kupionym za niemałe pieniądze (porównywalne z kosztem dzisiejszej „plazmy”). Rodzina zgromadzi się słuchając radia prawie dokładnie tak, jak w dalekiej przyszłości lat Polacy gromadzić będą się przed telewizorami.

Karol Albrecht we wnętrzu swojej kawiarni „Mała Ziemiańska”, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tymczasem,  pan Kowalski postanawia zajrzeć do mieszczącej się również przy Mazowieckiej kawiarni Mała Ziemiańska, słynącej z tego, że bywają tam najsłynniejsi literaci stolicy, a także ich ulubieniec, lubiący się zabawić generał Wieniawa-Długoszowski. Niestety, stolik na dobudowanym piętrze, nazywanym „górką” tam gdzie gdzie zwykle spotykają się te znakomitość i dla nich zarezerwowany jest akurat pusty, więc pan Kowalski wypija tylko smętną kawę zagryzaną „śledziem”(tutejszym słodkim wypiekiem o kształcie ryby) i postanawia wrócić do domu. Po drodze jednak wpada na szybką wiśnióweczkę do „Wróbla”.  Czystej wódki nie lubi, podobnie jak sporo szanującej się inteligencji. Czas przy dobrej wódce szybko płynie, robi się ciemno, pora do domu. Pan Kowalski mijając Ogród Saski zdecydowanie odrzuca propozycję prostytutki, których wiele kręci się w tej okolicy po zmroku.

Spacer skutecznie wyrzuca z głowy alkoholowe otumanienie, ale na daleki Żoliborz lepiej dojechać, tym bardziej, że marszruta wiodłaby nieopodal zaniedbanych ruder Starówki, dzielnicy o wspanialej przeszłości i fatalnej  reputacji. Pan Kowalski przez chwilę zastanawia się, czy wrócić szybką, ale bardzo drogą taksówką, których zresztą jeździ niewiele, wybiera jednak tanią i powolną jednokonną dorożkę za złotówkę, jeden z najpopularniejszych środków transportu w stolicy.

Przyjęcie dla dyplomatów u prezydenta RP Ignacego Mościckiego na Zamku Królewskim w Warszawie, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Drzemiąc uśpiony powolnym kołysaniem dryndy (jak nazywa się wóz z kołami na metalowych obręczach) jedzie zabudowanym wysokimi kamienicami Nowym Światem, po którym za dnia kursują tramwaje, mija siedzibę Prezydenta Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim, turla się po szczelnie otoczonym zabudowaniami i ciasnym Placu Krasińskich aż wreszcie dociera na ulicę Mickiewicza, do stęsknionej, ale i rozeźlonej małżonki. Ubrany w nowoczesną piżamę, która skutecznie wypiera koszulę nocną, kładzie się wreszcie do swojego łóżka i zasypia.

A nad Wisłą już niedługo wstanie nowy, warszawski dzień…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
Z zamiłowania i wykształcenia historyk, z zawodu człowiek pracujący
słowem, z chęci popularyzator historii. Lubi poznawać ją empirycznie
oraz od podszewki, dlatego często wyrusza na prywatne podróże w
czasie. Przy okazji nabył kilka umiejętności nietypowych dla
humanisty, jak strzelanie, walka bronią białą i jazda konna. Miłujący
pokój fascynat wojskowości, zakochany po uszy w międzywojennej Polsce. Jednak mimo wszystko stara się żyć tu i teraz. W wolnych
chwilach miłośnik dobrego kina, mocnego rocka i fantastyki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Niemcy nam go zazdrościli. Pistolet VIS wraca do do gry

Celny, zgrabny, nowoczesny. Ukryty pod połą płaszcza był ostatecznym argumentem w walce z okupantem. Polski pistolet VIS przez lata obrósł w legendy, a teraz powraca do seryjnej produkcji za sprawą radomskiego "Łucznika".
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
3 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ