Znienawidzona śpiewaczka Warszawy

Życia nie starczyło Wierze Gran, by oczyścić swoje nazwisko
25 minut czytania
3029
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
15 stycznia 2020
Reklamy

Nie musiała się znaleźć w getcie warszawskim, bo mąż był w stanie ukrywać ją po aryjskiej stronie. Zdecydowała się żyć za murem, by śpiewać w najpopularniejszej kawiarni „Sztuka”, gdzie akompaniował jej wybitny Władysław Szpilman – oraz by być blisko matki. Rodzinę zabrał jej Holocaust, a oskarżenia o zbyt bliskie kontakty z gestapowcami odebrały jej dobre imię. Cień oskarżeń ciągnął się za nią przez całe życie.

– To ty żyjesz?
Nie zapomni tego pytania.
– Ty żyjesz?!
Rozłożyła ręce.
– Żyję.
– Co ty tu robisz?
– Przyszłam szukać pracy.
– Słyszałem, że współpracowałaś z gestapo!

* * *

Ktoś miał widzieć, jak śpiewa dla gestapowców. Bawi się z nimi, pije alkohol. Drugi słyszał „z pierwszej ręki”, trzeci kojarzył z opowieści. Ludziom nie bardzo się to mieściło w głowie – Żydzi umierali na ulicach, później płonęło getto, pojedynczym udało się uratować. A ona, elegancka artystka, przeżyła wojnę w niezłym stanie i teraz jak gdyby nigdy nic próbuje znaleźć pracę. Więc musi być w tych plotkach ziarno prawdy, mówili między sobą niektórzy artyści, którzy wiosną 1945 r. próbowali się na nowo zainstalować w zrujnowanej stolicy.

Tej kariery nikt się nie spodziewał

Wiera Gran urodziła się jako Dwojra Grinberg najprawdopodobniej w 1916 r. (podawała różne daty urodzenia) w Białymstoku, ale dzieciństwo spędziła w podwarszawskim Wołominie. To była bardzo biedna żydowska rodzina i tylko ktoś obdarzony duża fantazją mógł przepowiadać najmłodszej z trzech córek karierę, popularność i pieniądze. A jednak! Od 1931 r. matka z córkami (ojciec zmarł wcześniej) mieszkała w Warszawie – w ciasnym pokoju, w mieszkaniu dzielonym z obcymi. Kiedy Wiera miała piętnaście, może siedemnaście lat (Wiera dość swobodnie umieszczała różne wydarzenia w czasie), zaczęła występować w warszawskim klubie Paradis przy ulicy Nowy Świat. Rzadko w przedwojennej Polsce zdarzało się, by Żydówka była artystką, ale jednak, jak sama po latach wspominała, „nacjonalistyczne bandy omijały gabloty z moimi fotografami, kilku nawet przychodziło mnie oklaskiwać”.

Prawdziwą karierę zaczęła jakieś 4 lata przed wojną, ale i tak zdążyła wystąpić na jednej scenie u boku najpopularniejszych artystów – Miry Zimińskiej, Lody Halamy. Jeździła po Polsce z występami, co najmniej raz w tygodniu miała audycje w Polskim Radiu. Miała samochód, apartament w centrum Warszawy, drogą biżuterię. Spełnił się sen, którego jej matka, przez całe życie pracująca za grosze, nawet nie miała odwagi śnić.

1 września 1939 r. 23-letnia Wiera miała wyjechać z teatrem do Paryża. Nie zdążyła, wyjazd odwołano.

I tak miała szczęście, bo wczesną jesienią 1939 r. mężczyzna, którego wcześniej nie znała, a który przychodził czasem do Paradiso posłuchać, jak śpiewa, zaproponował jej wspólny wyjazd na Wileńszczyznę. Lekarz Kazimierz Jezierski, wkrótce mąż (choć tak naprawdę nie ma pewności, czy sformalizowali związek). Najpierw wyjechali na Wileńszczyźnie, w marcu 1940 r. do Lwowa, bo Wiera dowiedziała się, że wciąż działają tam zespoły artystyczne zwane fachowo „polskimi teatrami radzieckimi”. Wielu polskich artystów, żeby wspomnieć tylko jednego, uwielbianego przez kobiety Eugeniusza Bodo, wybrało Lwów. Dlaczego? Tak to tłumaczyła Agata Tuszyńska, autorka biografii Wiery Gran: „Sowieckiej administracji wyraźnie zależało na istnieniu we Lwowie polskich teatrów. To stwarzało pozory normalnego życia w mieście. Z jednej strony, mieli świadomość tymczasowości polskich placówek, z drugiej – poddawali je przyspieszonej sowietyzacji. Na scenie kinoteatru Marysieńka każdy występ artystyczny poprzedzały sowieckie filmy propagandowe”.

Ostatecznie małżeństwo Jezierskich wróciło do Warszawy, bo Wiera nie wyobrażała sobie długotrwałego rozstania z matką. Mąż był w stanie „przechować” ją po aryjskiej stronie, ale ona uparła się, by zamieszkać w getcie. „Pod warunkiem, że będzie miejsce dla mojej matki i sióstr” – odpowiadała na propozycje życia poza murami dzielnicy żydowskiej. Był jeszcze jeden powód: po aryjskiej stronie nie mogłaby śpiewać, bo w czasie wojny zamknięto kluby i teatry. Bo przecież „tylko świnie siedzą w kinie, a co bogatsze, to w teatrze”. Co innego w getcie, gdzie działalność lokali z muzyką nie dość, że nie gorszyła (choć oczywiście zdarzały się głosy krytyki, że zamiast pomagać bardziej potrzebującym lub prowadzić działania wymierzone w Niemców, ludzie raczą się muzyką. Tak uważał np. Marek Edelman)., to wręcz kwitła. Lokale były miejscami, które pozwalały gościom choć na chwilę wyobrazić sobie, że nie ma murów getta oraz odzyskać godność. Kto zabrał z mieszkania po aryjskiej stronie ładne ubranie, mógł je założyć, a na miejscu zamówić coś do jedzenia. W pierwszych miesiącach istnienia getta w karcie był łosoś, słodycze, nawet szampan. Z czasem coraz skromniej, bo skromne zarobki klientów (o ile w ogóle zarabiali) nie mogły sprostać czarnorynkowym cenom. Ale to nic – nawet szklanka barwionej wody pozwalała stwarzała iluzję innego, lepszego życia.

Wiera Gran miała zaszczyt występować w najbardziej znanym lokalu w getcie, po którym dziś nie został już ślad. Tam gdzie kiedyś stała scena, obecnie jeżdżą samochody, bo wypalone mury stojących tam niegdyś kamienic najpierw wyburzono, a później w tym miejscu przeprowadzono ulicę. Mowa o kawiarni „Sztuka”.

– Bywalcy „Sztuki” to mały procent szczęściarzy, którzy mogli sobie na ten luksus pozwolić, oraz ci, którzy odmawiali sobie strawy, by przy szklance zabarwionej wody przez dwie godziny zapomnieć o otaczającym nas piekle” – wspominała Wiera Gran w książce „Sztafeta oszczerców”.

Z kolei dr Agnieszka Żółkiewska z Żydowskiego Instytutu Historycznego opowiadała w audycji historycznej Radiowej Dwójki, że artyści „Sztuki” przyciągali spolonizowaną, zasymilowaną żydowską inteligencję. „Dla nich była to droga ucieczki od rzeczywistości. Jednak wielu ludzi nie stać było na chodzenie do kawiarni, dlatego znaczną część publiczności stanowił gettowy półświatek, elita składająca się ze szmuglerów, paserów, złodziei” – wyjaśniała.

Wierze akompaniował doskonały duet fortepianowy: autor przejmujących wspomnień z getta Władysław Szpilman i Adolf Goldfeder. W tamtym okresie dobrze się ze Szpilmanem dogadywała, żadne z nich sobie nie wyobrażało, że po wojnie będą rzucać na siebie oskarżenia najcięższego kalibru.

Pewną wariację na temat tego, jak mogły wyglądać wieczory w „Sztuce” zobaczycie w filmie „Czarny Mercedes” z 2019 r. Wprawdzie dla niepoznaki filmowy lokal nazwano „Muzą”, ale nie dajcie się zwieść. W rolę Wiery wcieliła się Danuta Stenka. Śpiewała, a ludzie płakali. Tak było naprawdę. We wspomnieniach Gran nazywała swoje śpiewanie „misterium”, „msza zapomnienia”.

„Sztuka” istniała do lata 1942 r. Niedługo po jej zamknięciu, 2 sierpnia Wiera Gran dała się przekonać mężowi, że czas najwyższy opuścić getto. Agata Tuszyńska: „Zmieniła los, twarz, włosy, oczy. Blond loki zaczesane na czoło, trzeba zapomnieć o scenie i światłach, nigdy nie śpiewać, nie nucić, nie być tamtą. Swoje pragnienia zawiesić na lepsze czasy. Czekać na pomoc innych”.

Najpierw przerzucano ją po różnych mieszkaniach w Warszawie, ale ostatecznie wylądowała w podwarszawskich Babicach, gdzie Kazimierz Jezierski prowadził praktykę lekarską. Stroniła od ludzi, by nie wzbudzać podejrzeń, choć po latach przyznała, że wielu ludzi i tak wiedziało, że jest Żydówką. Ale dochowali tajemnicy, nikt jej nie wydał.

W Babicach zastał ją 17 stycznia 1945 r., dzień wkroczenia Armii Czerwonej do Warszawy. Koniec wojny, wszystko powoli wracało do względnej normy.

My cię tu nie chcemy

W lutym 1945 r. Polskie Radio zaczęło nadawać z tymczasowej siedziby na Pradze-Północ. Kierownicze stanowisko zajmował tam jej dobry znajomy Władysław Szpilman, więc Wiera liczyła na to, że pomoże jej znaleźć pracę w rozgłośni lub w jakimś lokalu.

On Żyd i ona Żydówka. Wiera mogła się spodziewać, że Szpilman ucieszy się na jej widok, bo przecież wojna odebrała większość dawnych znajomych. On jednak zamiast się uśmiechnąć, zamarł. „To ty żyjesz?” – spytał. „Żyję. Przyszłam szukać pracy” – odpowiedziała.

„Słyszałem, że współpracowałaś z gestapo!” – odpowiedział Szpilman i nie było w jego głosie wątpliwości, zawahania. To było oskarżenie, które w kolejnych tygodniach padało z ust znajomych i nieznajomych. Plotki dotarły bardzo wysoko, bo w marcu 1945 r. przyszli po nią mężczyźni w skórzanych płaszczach i przez kilkanaście dni przetrzymywali w piwnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tłumaczyła, że to pomyłka, że z żadnymi gestapowcami ani Żydami na ich usługach się nie bratała. Na jej niekorzyść działał fakt, że z gestapowcem związała się jej koleżanka ze sceny Franka Mannówna. „A potem zaczęli deklinować przez przypadki Gran/Mann i odwrotnie. Znali głos Wiery z radia, niekoniecznie ją samą. Zlepiły się z Mannówną w jedną postać. Obie, jak twierdzono, miały tupet i przywileje. Widziano je, widziane były, widoczne, jaskrawe na tle okupacyjnej codzienności. W getcie, poza nim. Donosiły” – opisała grozę tamtych zarzutów Agata Tuszyńska.

Po kilku tygodniach nad zarzutami o współprace pochylił się Sąd Okręgowy. Na szczęście Wiera odpowiadała z wolnej stopy; z aresztu wypuścili ją po 15 dniach. Zeznawało kilkunastu świadków. Część pod przysięgą wyjaśniała, że to pomyłka, Wiera po prostu śpiewała w klubie i nie miała wpływu na to, kto jej słucha. Ale były też zeznania obciążające jak te, które padły z ust Edelmana.

– W Warszawie powszechnie mówiono, że Wiera Gran jest agentką gestapo i praca jej polega na wykrywaniu Żydów i ruchu podziemnego. Ludzie obawiali się jej. Wiem, że Armia Krajowa na podstawie wyroku sądu podziemnego skazała ją na karę śmierci, lecz wyrok nie został wykonany, gdyż nie było wiadomo, gdzie ona mieszka – powiedział jeden z przywódców powstania w getcie.

Mówił też, że widziano, jak w 1943 r. jechała otwartym samochodem do restauracji w towarzystwie gestapowców.

Sąd stanął po jej stronie. Znamion przestępstwa nie dopatrzyła się również Komisja weryfikacyjna Związku Zawodowego Muzyków. „Obywatelka Wiera Gran-Jezierska w latach okupacji niemieckiej niczym nie uchybiła honorowi Polki” – uznano. Jeszcze kilka innych instytucji oczyściło ją z zarzutów, ale to nic nie dało: w powszechnej świadomości i tak była kolaborantką.

Jak to możliwe, że tak łatwo opuściła getto? Dlaczego nie wyciągnęła matki i sióstr? Co jej zapewniło nietykalność, choć ludzie w Babicach wiedzieli, że jest Żydówką?

Miała dość. W 1950 r. wystąpiła o dokumenty uprawniające do wyjazdu do Izraela. Sama. Choć wiedziała, że przeżycie zawdzięcza mężowi, nie poprosiła go, by jej towarzyszył. Nie chciała już dłużej z nim żyć. Nigdy się nie rozwiedli, wymieniali listy, ale nigdy nie rozważali powrotu. „Byłeś mi przyjacielem w niebezpieczeństwach, ale byłam ci obca w smutkach” – wyjaśniła w liście. Tuszyńska uważa, że Wiera miała do męża żal, że potrafi cieszyć się życiem, a ona nie umiała wykrzesać z siebie radości.

Ale w Izraelu też ją rozpoznawali. „Taka jest zdolna do wszystkiego, szeptano coraz bardziej natarczywie. Wszędzie, gdzie się pojawiała, czuła nieprzychylne spojrzenia” – relacjonuje Tuszyńska. Miała dość i w 1952 r. wyjechała do Francji. Na szczęście mogła pracować – śpiewała, koncertowała na całym świecie, współpracowała z Charlesem Aznavourem i Jacquesem Brelem. Jednak do końca życia ciągnęło się za nią piętno „kolaborantki”.

„Sztafeta oszczerców”. Oskarżam moich oskarżycieli

Przez lata nikt się w Polsce nie interesował losami Wiery. Historycy i znawcy tematu wymieniali ją jednym tchem z innymi artystkami przedwojennej sceny warszawskiej, ale o jej późniejszych sukcesach estradowych nie pisano. Jeszcze dziesięć lat temu dla szerszego grona odbiorców była postacią nieznaną. Wprawdzie w 1980 r. wydała książkę „Sztafeta oszczerców”, która w zamierzeniu miało być autobiografią, lecz w rzeczywistości jest to raczej opis działań, które podjęła, by oczyścić się z zarzutów o kolaborację. Wiera zmarła w 2007 r.

„Nowe życie” dała jej reportażystka Agata Tuszyńska, która przez prawie 10 lat pracowała nad książką poświęconą życiu Wiery Gran. „Oskarżona: Wiera Gran” to nie jest typowa biografia. Tuszyńska wiele miejsca poświęca przedwojennym i wojennym losem swojej bohaterki – zarówno gdy chodzi o jej życie prywatne, jak i zawodowe. Relacjonuje też jej losy po wyjeździe z Polski, ale prześlizguje się po aktywności Wiery Gran na zagranicznych scenach. Po przeczytaniu książki można więc odnieść wrażenie, że po 1950 r. występowała jedynie okazjonalnie i nie zrobiła żadnej kariery. Bynajmniej. Skoncentrowała się bowiem na postawie Wiery Gran w trakcie wojny i chciała dać czytelnikom materiał do tego, by sami zastanowili się, czy Wiera współpracowała z gestapowcami czy nie. Stąd bardzo wyczerpujący opis procesów sądowych i wielostronicowe relacje świadków. Tuszyńska niczego w swojej książce nie przesądziła, o czym świadczy też użycie w tytule słowa „oskarżona”. A to przecież nie to samo, co „winna”.

Kilkadziesiąt stron autorka poświęciła również opisowi spotkań, które odbyła ze śpiewaczką w jej mieszkaniu w Paryżu. Na odnalezienie jej zdecydowała się dosłownie w ostatniej chwili: na początku lat dwutysięcznych Gran była samotną , zdziwaczała kobietą, która nie opuszczała zagraconego (mania zbieractwa) mieszkania w obawie przed ludźmi czyhającymi na jej życie (mania prześladowcza). Wszędzie widziała szpiegów, była przekonana, że mieszkanie jest naszpikowane podsłuchami. Los okrutnie się z nią obszedł. Po Holocauście, który zabrał jej najbliższych, już z nikim się nie związała. Żyła samotnie ze świadomością, że ludzie mają ją za kolaborantkę.

Słowa kontra słowa

Książka wywołała wiele kontrowersji nie ze względu na próbę obrony dobrego imienia Wiery Gran, lecz w związku z zarzutami rodziny Władysława Szpilmana o naruszenie dobrego imienia wielkiego pianisty.

W „Sztafecie” Wiera Gran napisała o pianiście, który pomagał Niemcom doprowadzać ludzi na Umschlagplatz. Nie wskazała jednak jego nazwiska. Opowiedziała o tych oskarżeniach Agacie Tuszyńskiej, a ta dopowiedziała, że pianistą tym bym Władysław Szpilman. Rodzina pianisty oburzyła się, że nie ma na to żadnych dowodów, a ponadto Wiera Gran była osobą o zaburzonej percepcji, więc doświadczona autorka nie powinna była bezrefleksyjnie przyjmować jej słów. Sprawa znalazła finał w sądzie. Sądy pierwszej i drugiej instancji oddaliły pozew rodziny Szpilmana uzasadniając, że autorka zachowała dystans wobec słów swojej bohaterki i jedynie oddała jej wspomnienia, a nie kierowała własnych oskarżeń. Dopiero Sąd Najwyższy w 2016 r. wydał orzeczenie częściowo po myśli rodziny pianisty i nakazał, by wydawca w kolejnych dodrukach książki usunął kilka stron, na których padają oskarżenia pod adresem Władysława Szpilmana.

Agata Tuszyńska nie pogodziła się nie tylko z wyrokiem, ale w ogóle z zarzutami o to, że o cokolwiek oskarżyła Szpilmana.

– Przede wszystkim chciałam podkreślić – powiedziała w wywiadzie dla „Przekroju” z 2013 r., a więc na kilka lat przed niekorzystnym wyrokiem Sądu Najwyższego – że ta informacja pochodzi od mojej bohaterki, Wiery Gran, i nigdy, w żadnych okolicznościach, nie twierdziłam inaczej. Nigdy nie utrzymywałam, że Szpilman był żydowskim policjantem w warszawskim getcie, zawsze podkreślałam, że cytuję słowa przekazane przez Gran. Moja książka przedstawia portret pieśniarki, dlatego nie mogło w niej zabraknąć opowieści z getta, dręczących Wierę obrazów i obsesji, wspomnień niewygodnych i bolesnych.

Pianista, chcąc czy nie, należał do jej życia, półtora roku występowali razem w dzielnicy za murami. Nie można go było wymazać. Co istotne, owe kontrowersyjne słowa na temat pianisty po raz pierwszy zapisała w 1980 r. w swojej książce „Sztafeta oszczerców”. Powtórzyła je w wywiadzie dla Fundacji Stevena Spielberga, zbierającej wojenne świadectwa, 16 lat później. Podczas naszych spotkań mówiła to po wielokroć. Nie zdecydowałam się wyjąć jej tego z ust, ocenzurować, usunąć z jej biografii.

– Wierze Gran znowu zamknięto usta. Bardzo jest mi przykro z tego powodu – skomentowała orzeczenie Sądu Najwyższego.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.