Ciemna strona psychologii

Strzeżcie się każdego, kto wam radzi, jak żyć
21 minut czytania
4335
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
5 lutego 2020
Reklamy

Rozmowa z Tomaszem Witkowskim, psychologiem, autorem książek „Psychoterapia bez makijażu” i „Zakazana psychologia”. Wysyp doradców i mówców motywacyjnych, którzy ciągle tłumaczą nam, jak powinniśmy żyć, budzi moją niechęć – mówi nasz rozmówca.

Źle prowadzona psychoterapia może doprowadzić do prób samobójczych, pogłębić alkoholizm, zmienić system wartości, skłonić do porzucenia kariery czy obranej drogi życiowej lub uwikłać w niszczącą relację seksualną.

Tomasz Witkowski – autor książek „Psychoterapia bez makijażu” i „Zakazana psychologia”

Czy psychoterapia może zaszkodzić?

Od lat zajmuję się negatywnymi skutkami psychoterapii. W tym czasie zgłosiło się do mnie bardzo wiele osób, które twierdzą, że zostały skrzywdzone przez psychoterapeutów czy psychiatrów. Niektórych doprowadziło to do prób samobójczych. Ostrożne szacunki mówią, że 10-20 proc. pacjentów doświadcza negatywnych skutków psychoterapii. Źle prowadzona może doprowadzić do tragedii, pogłębić alkoholizm, zmienić system wartości, zniszczyć relacje rodzinne, przyczynić się do porzucenia kariery czy obranej drogi życiowej lub uwikłać w niszczącą relację seksualną. Nie znaczy to jednak, że namawiam, by bać się psychoterapii. Proponuję tylko, by zastosować wobec niej myślenie krytyczne.

Po lekturze pańskiej książki „Psychoterapia bez makijażu”, prezentującej rozmowy z osobami, które są ofiarami psychoterapii, można wpaść w panikę. Które z praktyk terapeutycznych są szczególnie szkodliwe?

Wiele badań pokazuje, że analizowanie przeszłych trudnych wydarzeń przeszkadza w osiągnięciu równowagi psychicznej. Czas rzeczywiście pomaga leczyć rany, a zacierająca się pamięć o minionych doznaniach działa na naszą korzyść. Terapeuta koncentrujący się na wydarzeniach z przeszłości może skutecznie ten proces zaburzyć. Taki najprostszy przykład to debriefing psychologiczny. To metoda interwencji, którą stosuje się w stosunku do ofiar różnego rodzaju traum, katastrof. Nie wymyślił jej jednak psycholog ani lekarz, ale strażak, po to, żeby pomagać swoim kolegom. Rozpowszechnił tę metodę, ale już w pierwszych kilku latach jej stosowania okazało się, że jest albo nieskuteczna, albo przynosi szkodę. Kiedy doszło do zamachu na World Trade Center, na zgliszcza wyruszyli psychologowie, żeby pomagać świadkom katastrofy. Po 10 latach od tej tragedii ukazał się raport z badań, które dowiodły, że osoby, które otrzymały pomoc psychologiczną, dużo gorzej radziły sobie z powrotem do równowagi psychicznej niż te, które tej pomocy nie otrzymały.

Na czym konkretnie polega ta metoda?

Siada się z osobą pokrzywdzoną i rozmawia o tym, co właśnie przeżyła. Badania pokazują, że negatywne zdarzenie, którego byliśmy świadkami, poprzez takie działanie zostaje dość mocno utrwalone. Mimo że wiadomo, że to szkodliwe, cały czas stosuje się tę metodę. Niektóre klasyczne szkoły terapii koncentrują pacjenta na jego problemach, tym samym wzmacniając je.

Uważa pan, że wracanie do przeszłości i przykrych doświadczeń przynosi szkodę? Psychologowie mówią, że trzeba przepracować problem.

To nie jest mój pogląd lecz wyniki wielu badań, z których wynika, że ok. 86 proc. badanych po najcięższych traumach, wypadkach czy katastrofach wychodzi z tego bez żadnych konsekwencji mniej więcej po trzech miesiącach. U 14 proc. te problemy się utrzymują i wtedy ma sens interwencja psychologiczna. Nasz organizm jest przystosowany do tego, żeby radzić sobie w trudnych sytuacjach. Ludzie od setek tysięcy lat byli świadkami tragedii, nie mówiąc już o uczestnictwie w wojnach czy rewolucjach. Ewolucja wyposażyła nas w mechanizmy obronne, a wtedy przecież nie było psychologów. Trzeba pozwolić na to, żeby zadziałały naturalne mechanizmy obronne. Ale jeżeli to nie pomoże, wówczas należy stosować metody mające skuteczność popartą dowodami naukowymi.

Psychoanalityczne teorie Freuda nie są poparte dowodami naukowymi, a jednak polscy psychiatrzy nierzadko po nie sięgają. Jest pan krytyczny wobec terapii zapatrzonej w dzieciństwo jako źródło wszelkich niepowodzeń?

Freud i jego następcy uważają, że wydarzenia z dzieciństwa mają kluczowy wpływ na to, kim jesteśmy w dorosłym życiu. Nie ma to żadnego potwierdzenia w badaniach. Natomiast, jeśli terapeuta przekona nas, że zachowanie oziębłej uczuciowo matki spowodowało, że nie jesteśmy w stanie utrzymać dłuższej relacji z partnerem, może to doprowadzić do bezradności i zaniechania kolejnych prób ułożenia sobie z kimś życia. Teorie Freuda są bezzasadne. Czym dysponował, poza tym, że był notorycznym oszustem, narcyzem i karierowiczem? Opierał się na przemyśleniach i obserwacjach, nie prowadził eksperymentów. Parę drobiazgów w jego teorii, owszem, znajduje potwierdzenie w badaniach, ale cała koncepcja, jej szkielet, to, na czym się opierają do dzisiaj niektórzy terapeuci, niestety takiego potwierdzenia nie znajduje.

To, co wniósł Freud, można streścić jednym zdaniem: wszystko, co zdarza się w naszych umysłach, ma podłoże seksualne.

Każdy chłopak chce zabić swojego ojca i uprawiać seks z matką, każda kobieta pragnie mieć penisa. Większość materiału dowodowego Freuda była sfabrykowana, zmyślona. Ogłoszona przez niego koncepcja powstawania histerii opierała się na 18 przypadkach, z których zaledwie osiem, było prawdziwych, kolejne pięć całkowicie sfabrykował, a po pozostałych pięciu nie ma śladu. Te osoby po prostu nie istniały. Gdy ogłaszał swoje odkrycia, opisywane przez niego symptomy traktowane były jak grzech, uleganie szatanowi. I nagle za jego sprawą rzesze ludzi zostały uwolnione od tego grzechu. Nie tylko naturalny popęd, ale towarzyszące mu dewiacje zostały zlokalizowane w podświadomości, a więc poza naszą kontrolą. Od śmierci Freuda upłynęły całe dziesięciolecia i nasza wiedza na temat psychologii ogromnie posunęła się do przodu, ale wielu psychoterapeutów ciągle wciska nam psychologiczny kit, oferując terapie szkodliwe lub o skuteczności nie większej niż placebo.

Potępia pan teorię głoszącą, że osoby, które wychowywały się w rodzinie z problemem alkoholowym, zostały napiętnowane.

Nie twierdzę, że w niektórych przypadkach intensywne doświadczenia wyniesione z rodziny alkoholowej nie mogą mieć konsekwencji w przyszłym życiu, ale stworzenie syndromu DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) jest próbą roztoczenia opieki nad grupą normalnych i zdrowych ludzi poprzez wmówienie im, że dzieciństwo spędzone w rodzinie, w której ktoś pił, na pewno spowoduje niedostosowanie społeczne przez całe życie.

Twierdzi pan, że czynnikiem, który zdecydowanie przeszkadza w powrocie do zdrowia, jest koncentracja na sobie i przeżywanych problemach, a więc to, co stanowi istotę terapii.

Tylko niektórych terapii. Zdarza się, że w ich wyniku pacjenci zrywają kontakty z najbliższą rodziną, uświadomiwszy sobie, że coś było nie tak. Zwolennicy terapii odzyskiwania pamięci założyli, że jeśli pacjent ma jakieś problemy, to ich źródłem są zdarzenia wyparte ze świadomości. W psychoanalizie zawarta jest obietnica, że przepracowanie problemu relacji z rodzicami lub ujawnienie wypartych treści pomoże pozbyć się problemów.

Założenie, że to, jacy jesteśmy i co robimy w życiu, zależy od tego, co robili nasi przodkowie, może być naprawdę groźne.

To jeszcze groźniejsze twierdzenia. Bert Hellinger, niemiecki psychoterapeuta, twórca metody tzw. ustawień rodzinnych, twierdzi, że dzieci muszą dokończyć dzieło dziadków, rodziców, czyli są zobowiązane wynagrodzić moralne krzywdy przodków. Konsekwencje tego, że nasza babcia zdradzała swojego męża, a naszego dziadka, mamy ponosić my. Metoda zwana ustawieniami rodzinnymi uwalnia od tych wszystkich zobowiązań. Za pomocą swoich koncepcji Hellinger próbował nawet usprawiedliwiać zbrodniarzy hitlerowskich.

Ustawienia rodzinne stosuje kilka tysięcy specjalistów na świecie. W Polsce niemal codziennie można wziąć udział w tego typu inscenizacjach. Opracowano nawet jej warianty do wykorzystania w firmach i organizacjach. Tymczasem w Niemczech już dość dawno zabroniono prowadzenie tych praktyk.

W 2007 r. podszył się pan pod nieistniejącą francuską psycholożkę i opublikował artykuł rzekomo jej autorstwa. Wielu psychologów ostro pana za to skrytykowało. Jaki był cel tej mistyfikacji?

Kiedy współpracowałem ze znanym miesięcznikiem „Charaktery”, zauważyłem, że ukazuje się w nim dość dużo pseudonaukowych bzdur, które mogą być szkodliwe dla ludzi. Wielokrotnie pisałem do wydawców, prosząc, żeby tego nie robili, bo publikują czasopismo opiniotwórcze, popularyzujące psychologię w szerokim wymiarze. Stanąłem przed murem obojętności i postanowiłem pokazać, że bardzo łatwo można rozpowszechnić dowolne niedorzeczności. A pismo ma przecież radę naukową, w której zasiadają znani profesorowie. Postanowiłem więc sprawdzić, jak działa sito selekcyjne „Charakterów”. W tym celu powołałem do życia całkowicie fikcyjną postać – Renatę Aulagnier, psycholożkę i psychoterapeutkę specjalizującą się w zastosowaniach neuronauki w terapii. Studiowała we Francji i przebywała na stypendium w Strasburgu, a drogą e-mailową przysłała do redakcji tekst dotyczący zastosowania tzw. pola morfogenetycznego w psychoterapii. Natychmiast po publikacji wszystko zdemaskowałem. Smutne jest to, że nigdy nie ukazało się rzeczowe sprostowanie tych bzdur, numer „Charakterów”, w którym ten wyssany z palca tekst się ukazał, do dzisiaj jest w sprzedaży archiwalnej i nie zawiera żadnego sprostowania.

Co jakiś czas w sieci możemy trafić na niedorzeczne artykuły, na przykład, że samotni ludzie żyją krócej.

A może po prostu jest tak, że ludzie słabszego zdrowia, którzy często chorują, mają mniej kontaktów społecznych, nie chodzą na imprezy, bo zwyczajnie nie mają na to siły i energii. Nikt nie zadaje sobie trudu sprawdzenia, co jest tu przyczyną, a co skutkiem.

W wielu instytucjach, np. w sądownictwie czy przy egzaminach do służb mundurowych, stosuje się nadal testy psychologiczne, które są przestarzałe.

To nawet nie kwestia wieku tych testów, ale ich braku rzetelności.Wykorzystywanie wyników testów projekcyjnych w procesach sądowych czy adopcyjnych powinno być zakazane prawnie.

Np. Tzw. test Rorschacha, tablice z symetrycznymi plamami atramentowymi, które pokazuje się badanemu, prosząc go o podanie skojarzeń mających być podstawą do analizy jego osobowości i diagnozy zaburzeń psychicznych. Nigdy jednoznacznie nie potwierdzono jego trafności w badaniach, co opisuję w „Zakazanej psychologii”. Mimo to wciąż jest używany przez wielu psychologów i biegłych sądowych. Wyniki takiego badania wpływają zatem na decyzje sądu i mają wymierne przełożenie na ludzkie życie. Kolejnym absurdem diagnostycznym jest rysowanie drzewek przez osoby chcące adoptować dziecko. Mimo że na podstawie takiego rysunku można ocenić jedynie zdolności plastyczne przyszłych rodziców, zwolennicy tego testu, nazywanego testem Kocha, odnosząc się do niego, próbują oszacować predyspozycje kandydatów na rodziców. Wystarczy, że osoba interpretująca rysunek uzna, że narysowane gałęzie są grube, a wtedy okazuje się, że autor rysunku jest egoistyczny, ekspansywny i skłonny do przemocy, a więc nie nadaje się na rodzica. W 1965 r. psycholog Artur Jensen stwierdził, że tempo rozwoju naukowego w psychologii klinicznej można mierzyć na podstawie szybkości odchodzenia od stosowania testu Rorschacha. Dzisiaj, niemal pół wieku później, tkwimy nadal w tym samym miejscu.

Kolejna kwestia: w Polsce, żeby dostać pozwolenie na broń, trzeba przejść badania psychologiczne. Co ciekawe od psychologa, który je prowadzi, nie wymaga się aby sam przez nie przeszedł.

Powiedział pan kiedyś: strzeżcie się każdego, kto wam radzi, jak żyć.

Obfitość i różnorodność porad na ten temat przybrała dzisiaj bezprecedensowe rozmiary. Wysyp doradców i mówców motywacyjnych, którzy ciągle tłumaczą nam, jak powinniśmy żyć, budzi moją niechęć. Nauka nie daje nam podstaw do tego, żeby oceniać, czy czyjeś życie jest lepsze lub gorsze. Jeżeli ktoś wpada w stany depresyjne i robi wszystko, żeby im się nie poddać – ucieka z łóżka, odwiedza psychoterapeutę itd. – bardzo często robi to nie dlatego, że tego chce, tylko dlatego, że społeczeństwo nie akceptuje jego stanu. Pracownik korporacji, który przez trzy miesiące leży w łóżku i patrzy w sufit, jest dla nas nie do zaakceptowania.

Coaching, psychologia pozytywnego myślenia, techniki motywacyjne – to wszystko jest bardzo popularne.

Psychologia jest nauką pozostającą w służbie konkretnej ideologii i kultury. Można to zilustrować na przykładzie inteligencji i aktywności seksualnej. Inteligencja jest cechą bardzo cenioną w naszym społeczeństwie. Jeżeli zdarzą się osoby, które mają iloraz inteligencji poniżej ustalonej normy, to trzeba im pomagać, są uważane za niepełnosprawne umysłowo. A teraz weźmy aktywność seksualną. Według podręcznika diagnostycznego dwa–trzy stosunki seksualne w tygodniu to norma. Jeżeli ta aktywność spada, mamy do czynienia z oziębłością seksualną, którą leczy się z wykorzystaniem psychoterapii. Jeśli ta aktywność jest natomiast dużo większa, mamy do czynienia z seksoholizmem i to się też leczy. Dlaczego leczy się nadmierną aktywność seksualną, a nie leczy się nadmiernej inteligencji? W obydwu przypadkach mamy do czynienia z pewnymi normami . Kulturowo nie akceptujemy zbyt niskiej aktywności seksualnej. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy nie mają potrzeb seksualnych, mieliby być gorsi od innych tylko dlatego, że im to wmawia otoczenie? Większość tego, co określamy mianem „normalne”, „akceptowalne”, to tylko narzucone normy społeczne, który prowadzą do przekonania, że niektóre jednostki są gorsze od reszty.

Mówcy motywacyjni, coachowie nie akceptują człowieka, który nie stawia sobie celów i nie stara się zająć odpowiedniej pozycji społecznej.

Ludzie są gotowi zapłacić dużo za poznanie siebie. Psychologia i psychoterapia pielęgnują w pacjentach poczucie sprawczości, czego przykładem mogą być m.in. wszystkie techniki motywacji czy rozwoju osobistego. Jednocześnie oferują zwolnienie z odpowiedzialności wtedy, gdy jest ona niewygodna. To się bardzo dobrze komponuje z systemem, w którym żyjemy: znaczna część ludzi pracuje kilkadziesiąt godzin w tygodniu i wykonując te same zadania, często nie widząc ich głębszego sensu i nie mając czasu na życie towarzyskie i odpoczynek. Wiara w to, że ciężka praca jest gwarancją sukcesu, zaspokaja ich głód sensu. Jest na rękę także pracodawcom, bo odpowiednio motywuje pracowników.

Co by pan zatem radził osobom chcącym skorzystać z pomocy psychoterapeuty? Są sytuacje, kiedy nie wystarczy już rozmowa z przyjacielem.

Psychoterapeuta, co do kompetencji którego powinniśmy mieć wątpliwości, to taki, który nie ustala z nami celu psychoterapii i czasu jej trwania. To nie jest regułą, ale u większości osób, które uważają się za ofiary psychoterapii, uderza fakt, że rozpoczynały proces terapii i nie za bardzo wiedziały, dokąd to zmierza. Należy też pamiętać, że psychoterapia może zmienić nasz system wartości. Dlatego radziłbym wybierać takich psychoterapeutów, którzy są nam bliscy światopoglądowo. Najlepiej też takich, którzy są wykształconymi psychologami lub psychiatrami, a nie np. pedagogami, teologami itp. Poza tym powinniśmy zapytać psychoterapeutę, jaką szkołę terapeutyczną reprezentuje. Jeśli powie, że stosuje autorską metodę, należy od niego uciekać, bo to oznacza, że eksperymentuje na pacjentach. Osobiście szukałbym psychoterapeuty poznawczo-behawioralnego, bo ten kierunek opiera się na podstawach empirycznych i ma najlepiej potwierdzoną naukowo skuteczność. Głównym założeniem tej formy leczenia terapeutycznego jest przekonanie, że myśli, emocje i zachowania człowieka wzajemnie na siebie wpływają, tworząc wzorce zachowań, które nie zawsze dobrze nam służą. Jeśli więc mam np. fobię i boję się jeździć windą, to po trwającej najwyżej kilka tygodni terapii powinienem bez obaw wsiąść do tej windy. Bez babrania się w całym życiu, wracania do dzieciństwa czy analizowania snów. Warto zapytać podczas pierwszej rozmowy z psychoterapeutą, czy sesje terapeutyczne można nagrywać. Niektórzy pacjenci chcą sobie odsłuchać sesję w domu, żeby przemyśleć całość. Jest to sensowne. Jeżeli psychoterapeuta zareaguje neurotycznie na prośbę o nagrywanie, to bez wahania opuśćmy jego gabinet, bo to oznacza, że ma coś do ukrycia przed światem.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.